Kategorie

▼

środa, 28 października 2026

📚 „Detektyw Zagadka. Upiorna walizka” Autorka: Iwona Czarkowska Ilustrator: Maciej Maćkowiak


 

Czy można jednocześnie ćwiczyć czytanie, rozwiązywać tajemnice i świetnie się bawić? Okazuje się, że tak! Wystarczy zaprosić do wspólnej przygody pewnego sympatycznego detektywa, który ma wyjątkowy talent do pakowania się w najróżniejsze zagadkowe sytuacje.

W naszym domu książki zajmują szczególne miejsce, a ja ogromnie się cieszę, kiedy widzę, że dzieci nie tylko po nie sięgają, ale również naprawdę czerpią przyjemność z czytania. Tym razem w ręce Basi trafiła książka „Detektyw Zagadka. Upiorna walizka” Iwony Czarkowskiej, należąca do serii „Sami czytamy” Wydawnictwa SBM. I muszę przyznać, że była to bardzo udana czytelnicza przygoda!

Detektyw Zagadka to postać, której trudno nie polubić. Sympatyczny, pomysłowy, czasami nieco roztargniony, ale zawsze gotowy zmierzyć się z kolejną tajemnicą. Towarzyszą mu Basia i Bartek, którzy z ogromną ciekawością przyglądają się jego poczynaniom, zadają pytania i sami próbują znaleźć rozwiązania.

A tych zagadek naprawdę nie brakuje!

W książce znajdziemy sześć krótkich opowiadań, a każde z nich zabiera młodego czytelnika w inną przygodę. Jest tajemnicza walizka, z której w niewyjaśnionych okolicznościach znikają przedmioty, wyprawa do Smoczydłowa, gdzie podobno mieszka prawdziwy smok, a także spotkanie z detektywem Zagwozdką, który nie potrafi poradzić sobie z pewną łamigłówką. Są również zagadkowe kapelusze, poszukiwania smoka i tajemnica ulicy Akacjowej.

Każda historia pobudza ciekawość i zachęca do zastanowienia się, co właściwie się wydarzyło. Co ważne, nie są to opowiadania, w których dziecko pozostaje jedynie biernym obserwatorem. Wręcz przeciwnie! Może próbować odgadywać rozwiązania, szukać wskazówek i wspólnie z bohaterami dochodzić do odpowiedzi.

I właśnie to szczególnie spodobało się Basi!

Czytając kolejne historie, sama próbowała rozwikłać tajemnice. Zastanawiała się, kombinowała, wysuwała własne przypuszczenia i z ogromnym zainteresowaniem sprawdzała, czy udało jej się prawidłowo rozwiązać zagadkę. Chwilami miałam wrażenie, że w naszym domu pojawił się kolejny mały detektyw! 🔎

Dodatkową radość sprawiło jej odkrycie, że jedna z bohaterek nosi dokładnie takie samo imię jak ona. Niby drobiazg, ale dla dziecka takie szczegóły potrafią mieć ogromne znaczenie. Basia od razu poczuła jeszcze większą sympatię do historii i jej bohaterów.

Nie mogę też nie wspomnieć o ilustracjach, bo są naprawdę piękne! Za ich przygotowanie odpowiada Maciej Maćkowiak. Kolorowe, zabawne, pełne charakterystycznych szczegółów i doskonale dopasowane do opowiadanych historii. Nie stanowią jedynie ozdoby, ale świetnie dopełniają wydarzenia, pomagają wyobrazić sobie bohaterów i nadają całej książce wyjątkowego uroku.

Basia z niecierpliwością czekała na każde przewrócenie strony, ciekawa nie tylko dalszego ciągu opowieści, ale również tego, jaka ilustracja pojawi się za chwilę. Szczególnie spodobały nam się zabawne przedstawienia bohaterów oraz komiksowe fragmenty, dzięki którym historie nabierają jeszcze więcej życia.

Jest jednak coś, na co jako mama chciałabym zwrócić szczególną uwagę.

Ta książka została naprawdę dobrze przemyślana pod kątem dzieci, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem, ale również tych, którym czytanie sprawia jeszcze trudność.

Przede wszystkim zastosowano dużą, wyraźną i przyjazną dla oka czcionkę. Tekst nie zajmuje całej strony, jest odpowiednio rozmieszczony i przeplatany ilustracjami. Dzięki temu dziecko, otwierając książkę, nie widzi przed sobą ściany drobnego druku, która już na samym początku mogłaby je zniechęcić.

I uważam, że to ogromna zaleta!

Doskonale wiemy, jak ważne jest pierwsze wrażenie, szczególnie kiedy dziecko nie czuje się jeszcze pewnie podczas czytania. Tutaj wszystko zachęca do spróbowania swoich sił. Strony wyglądają przyjaźnie, kolejne fragmenty tekstu nie przytłaczają, a krótkie historie pozwalają stosunkowo szybko dotrzeć do zakończenia i poczuć satysfakcję z przeczytanego opowiadania.

Bardzo spodobało mi się również rozwiązanie zastosowane po każdej historii. Znajdują się tam specjalnie wyodrębnione trudniejsze wyrazy i zwroty, które dziecko może ponownie przeczytać i przećwiczyć. To świetny sposób na utrwalenie słów, które podczas lektury mogły sprawić mu trudność.

Uroczy szczegół czeka na małego czytelnika już na pierwszych stronach. Przygotowano tam miejsce na wpisanie imienia, nazwiska i klasy. Niby niewiele, ale dla dziecka możliwość podpisania własnej książki może być dodatkowym powodem do dumy i radości.

Basia czytała książkę samodzielnie, a ja mogłam obserwować nie tylko jej zainteresowanie kolejnymi zagadkami, ale również radość z pokonywania następnych stron. I właśnie takie chwile są dla mnie szczególnie cenne. Kiedy czytanie przestaje być obowiązkiem czy ćwiczeniem, a staje się przyjemnością, do której dziecko samo chce wracać.

Co ważne, mimo edukacyjnego charakteru książki nie miałam poczucia, że trzymamy w rękach kolejną pomoc do nauki czytania. Przede wszystkim jest to zbiór sympatycznych, pełnych humoru i pomysłowych przygód, które zwyczajnie potrafią zainteresować młodego odbiorcę.

Detektyw Zagadka pokazuje również, że warto być spostrzegawczym, zadawać pytania, szukać różnych rozwiązań i nie zniechęcać się, kiedy odpowiedź nie pojawia się od razu. Czasami wystarczy spojrzeć na problem z zupełnie innej strony, aby odkryć coś, co wcześniej wydawało się niemożliwe.

I chyba właśnie to najbardziej lubię w takich książkach. Dziecko świetnie się bawi, a przy okazji ćwiczy koncentrację, logiczne myślenie, spostrzegawczość i oczywiście umiejętność czytania.

Czy polecamy? Zdecydowanie tak! 💜

„Detektyw Zagadka. Upiorna walizka” to książka, która łączy to, co w dziecięcej literaturze bardzo cenię: ciekawą przygodę, humor, piękne ilustracje i możliwość rozwijania umiejętności bez poczucia przymusu.

Poleciłabym ją szczególnie dzieciom rozpoczynającym samodzielne czytanie oraz tym, które potrzebują jeszcze odrobiny zachęty i pewności siebie. Ale również wszystkim małym miłośnikom tajemnic, łamigłówek i detektywistycznych przygód.

Bo przecież nie ma nic przyjemniejszego niż odkrycie, że za kolejną przewróconą stroną czeka nie tylko nowa historia, ale również zagadka, którą być może uda się rozwiązać samemu.

A patrząc na zaangażowanie i uśmiech Basi, jestem przekonana, że detektyw Zagadka jeszcze nie powiedział u nas ostatniego słowa! 🔎❤️

Zresztą Basia już wybrała kolejną książeczkę z serii „Sami czytamy”! 🥰📚 I chyba nie ma lepszej rekomendacji niż dziecko, które po skończeniu jednej książki samo sięga po następną.

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem SBM.

wtorek, 27 października 2026

„Tajemnica Tigusa” – M.C. Rajchel


 

W naszym domu zwierzęta odgrywają naprawdę dużą rolę. Basia szczególnie kocha psy, a ja mam wrażenie, że ta miłość działa w obie strony. One jakby instynktownie wyczuwały, kiedy najbardziej ich potrzebuje. Potrafią być blisko, dawać jej poczucie bezpieczeństwa i poprawiać humor samą swoją obecnością.


Dlatego kiedy przeczytałam opis „Tajemnicy Tigusa” autorstwa M.C. Rajchel, od razu wiedziałam, że chcę sięgnąć właśnie po tę książkę. Historie, w których zwierzęta odgrywają ważną rolę, są mi szczególnie bliskie, a ta od pierwszej chwili przyciągnęła moją uwagę.


Tiguś to ciekawski pies, który wraz ze swoim przyjacielem Agrestem i innymi zwierzętami mieszka w gospodarstwie, w którym trudno narzekać na nudę. Każdy dzień przynosi nowe wydarzenia, zabawne rozmowy i sytuacje, które zwierzęcy bohaterowie komentują na swój własny, niepowtarzalny sposób.


Kiedy nadchodzi zima, a wszystko wokół pokrywa śnieg, mieszkańcy gospodarstwa korzystają z jej uroków. Nie brakuje wspólnych zabaw, spotkań z innymi zwierzętami i drobnych nieporozumień. W domu natomiast rozpoczynają się przygotowania do świąt, a wraz z nimi pojawia się pomysł, który wywoła niemałe zamieszanie.


Tiguś postanawia bowiem sprawić swoim opiekunom, nazywanym Naszym i Naszą, wyjątkowy prezent. Chciałby, aby w gospodarstwie zamieszkały pawie! Przygotowuje więc wiadomość i ukrywa ją pod choinką. W realizacji tego planu pomaga mu Agrest, choć jego pomysłowość nie zawsze idzie w parze z dyskrecją.


Ku zaskoczeniu zwierzęcych mieszkańców pewnego dnia w gospodarstwie rzeczywiście pojawiają się trzy pawie. Ich przybycie wzbudza ogromną ciekawość, ale także mnóstwo pytań. Jak poradzą sobie z zimowym chłodem? Co jedzą? Czy odnajdą się w zupełnie nowym otoczeniu?


Opiekunowie starają się zapewnić nowym mieszkańcom odpowiednie warunki, a babcia koza Miza wykorzystuje okazję, by podzielić się wspomnieniami ze swojej młodości. Jej opowieści dodatkowo rozbudzają wyobraźnię pozostałych zwierząt.


Wszystkie te wydarzenia poznajemy z perspektywy Tigusia, który z ogromną ciekawością, humorem i charakterystycznymi dla siebie komentarzami przygląda się temu, co dzieje się wokół niego. Dzięki temu nawet zwyczajne sytuacje nabierają wyjątkowego charakteru, a codzienność gospodarstwa zamienia się w pełną niespodzianek przygodę.


A bohaterowie? Oj, tutaj naprawdę jest kogo polubić! Każdy z nich ma swój charakter, własne pomysły i potrafi nieźle namieszać. Na pierwszym planie mamy oczywiście Tigusia, który z humorem opowiada o swoich przygodach i komentuje wszystko, co dzieje się wokół niego. Ale nie sposób pominąć Agresta! Ten kociak jest równie ważną częścią całej historii. Towarzyszy Tigusiowi w jego pomysłach, pomaga mu realizować niecodzienne plany, a ich rozmowy i wzajemne przekomarzanie się nieraz doprowadzały nas do śmiechu.


No i jest jeszcze babcia koza Miza! To dopiero osobowość! Jej powiedzonka, wspomnienia i zachowanie dodają całej opowieści mnóstwo uroku. Ulubionymi bohaterami Basi byli właśnie Tiguś i babcia Miza. Pies i koza — duet idealny dla mojej córki! Pozostałe zwierzaki również mają swoje pięć minut, dzięki czemu cała ta gromadka tworzy naprawdę barwną i sympatyczną ekipę.


Muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się język, jakim posługuje się autorka. Jest barwny, pełen humoru, zabawnych powiedzonek i takich sformułowań, przy których nieraz uśmialiśmy się do łez! Uwielbiam, kiedy ktoś potrafi bawić się słowem, a tutaj zdecydowanie tego nie brakuje. Do tego te wszystkie komentarze Tigusia, jego przemyślenia i rozmowy z pozostałymi zwierzakami. Niektóre dialogi były tak pomysłowe, że jeszcze długo wspominaliśmy je po zakończeniu czytania. Szczególnie przypadły mi do gustu nieco staroświeckie zwroty i nietypowe powiedzonka, które dodają tej opowieści uroku. Wszystko razem tworzy świetny klimat i sprawia, że od książki naprawdę trudno się oderwać.


Podoba mi się również to, że za codziennymi perypetiami mieszkańców gospodarstwa kryje się coś więcej. Historia pokazuje też, jak ważna jest wrażliwość na potrzeby innych i reagowanie wtedy, gdy komuś dzieje się krzywda. Zwierzęta, choć same mają swoje małe i większe problemy, potrafią dostrzec tych, którzy potrzebują wsparcia. To piękny element tej historii, bo takie wartości nie są tutaj podawane dzieciom w formie pouczeń, lecz naturalnie wynikają z wydarzeń. I właśnie to bardzo sobie cenię.


Nie mogę też nie wspomnieć o samym wydaniu książki, bo naprawdę robi świetne wrażenie! Piękne ilustracje autorstwa Julii Jarży-Brataniec doskonale pasują do opisywanych przygód i sprawiają, że jeszcze przyjemniej zagłębia się w świat Tigusia i jego przyjaciół. Duży druk i przyjazna, czytelna czcionka to kolejny ogromny plus, szczególnie dla dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem. Całość jest bardzo ładnie przygotowana i aż chce się przewracać kolejne strony, żeby zobaczyć, co czeka na nas dalej.


Najbardziej urzekła mnie atmosfera panująca w tym niezwykłym gospodarstwie. To miejsce rządzi się własnymi prawami, a jego mieszkańcy tworzą barwną społeczność pełną charakterystycznych osobowości. Każdy ma tutaj coś do powiedzenia, własne przyzwyczajenia i sposób patrzenia na świat. Z czasem człowiek zaczyna traktować tę niezwykłą gromadkę niemal jak dobrych znajomych i z ciekawością śledzi ich losy. Aż chciałoby się zajrzeć do tego gospodarstwa, usiąść gdzieś z boku i przez chwilę posłuchać, o czym tym razem rozprawiają Tiguś, Agrest i babcia Miza.


Co ciekawe, naszą przygodę z Tigusiem i jego zwariowaną gromadką rozpoczęliśmy od drugiej części! Teraz pora nadrobić zaległości i sięgnąć po „Psikusy Tigusa”, bo zdecydowanie mamy ochotę spędzić z tymi bohaterami jeszcze więcej czasu. A znając Basię, długo nie pozwoli mi odkładać tego spotkania!


A samo zakończenie? Pozostawiło mnie z nadzieją, że to jeszcze nie koniec przygód Tigusia i jego zwariowanej gromadki. Chętnie wróciłabym do tego gospodarstwa po raz kolejny!


A największą radość sprawia mi to, że Basia już tęskni za swoimi ulubionymi bohaterami. To chyba najpiękniejsza recenzja, jaką może otrzymać książka dla dzieci. Bo kiedy po zakończeniu lektury mały czytelnik nadal myśli o jej bohaterach i chciałby ponownie znaleźć się w ich świecie, to znaczy, że ta historia naprawdę trafiła do jego serca.


Polecam tę książkę wszystkim miłośnikom zwierzęcych historii, zarówno do rodzinnego czytania, jak i samodzielnego odkrywania przez młodszych czytelników. To opowieść, która pobudza wyobraźnię i pozwala spojrzeć na świat zwierząt z zupełnie innej perspektywy.


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res.

piątek, 23 października 2026

„Zoja i klątwa śmierdziołków” – Anna Samborowska 🐸💚📚



Są takie książki dla dzieci, które sprawiają, że wspólne czytanie staje się czymś znacznie więcej niż tylko poznawaniem kolejnej historii. To chwile pełne śmiechu, zaciekawienia, niecierpliwego przewracania stron i pytań, na które mama nie zawsze zna odpowiedź. I właśnie takie chwile uwielbiam najbardziej! 

„Zoja i klątwa śmierdziołków” Anny Samborowskiej to książka, po którą sięgnęłyśmy razem z Basią. I muszę przyznać, że już od pierwszych stron wiedziałam, że nie będzie to zwyczajna przygoda. A im dalej zagłębiałyśmy się w tę historię, tym bardziej przekonywałam się, jak niezwykłą wyobraźnię trzeba mieć, żeby wymyślić coś tak szalonego, zabawnego i jednocześnie pełnego ciepła.

Zoja to dziewczynka, której życie zdecydowanie nie należy do nudnych. Kiedy po wakacjach wraca do szkolnej codzienności, mogłoby się wydawać, że największymi problemami będą lekcje, nowi koledzy i zwyczajne dziecięce zmartwienia. Nic bardziej mylnego! Bo w świecie Zoi nawet z pozoru niewinne wydarzenie potrafi zapoczątkować prawdziwą lawinę kłopotów.

Wszystko zaczyna się robić coraz bardziej podejrzane, gdy rodzina dziewczynki odkrywa, że ktoś bez ich wiedzy zamówił automat paczkowy, który ma stanąć na terenie ich posiadłości. Jakby tego było mało, w Domu nad Jeziorem znów robi się naprawdę gwarno. Kapciuszkowi piraci mają własne pomysły, tajemnicza żaba wzbudza niemałe zamieszanie, a wokół zaczynają dziać się rzeczy, których nie sposób wytłumaczyć zwykłym przypadkiem.

Zoja, razem z Edgarem i poznanym w szkole Stefkiem, zostaje wciągnięta w przygodę pełną zagadek, niezwykłych spotkań i sekretów, które od dawna czekają na odkrycie. Na jej drodze pojawia się również rodzina Wytrzeszczów, a wraz z nią historia tajemniczej klątwy. Szybko okazuje się, że rozwiązanie tej zagadki wcale nie będzie proste. Trzeba wykazać się sprytem, odwagą i umiejętnością łączenia pozornie niepasujących do siebie wskazówek.

A kiedy do tego wszystkiego dołączają zaszyfrowane wiadomości, przedziwne stworzenia i tytułowe śmierdziołki, można być pewnym jednego — nudzić się tutaj nie sposób!

Czy Zoi uda się odkryć, co tak naprawdę kryje się za klątwą? Komu może zaufać i czy wspólnie z przyjaciółmi zdoła zapobiec nieszczęściu? Tego już Wam nie zdradzę, bo właśnie odkrywanie kolejnych tajemnic jest jedną z największych przyjemności podczas czytania tej książki.

Zanim jednak opowiem Wam o naszych wrażeniach, muszę wspomnieć o wydaniu, bo naprawdę zasługuje na uwagę.

Książka jest przepięknie wydana! Ilustracje Justyny Karaszewskiej są cudowne, pełne szczegółów, zabawnych postaci i sytuacji, którym trudno przyglądać się bez uśmiechu. Basia wręcz wyczekiwała kolejnych obrazków! Kiedy tylko pojawiała się ilustracja, musiałyśmy na chwilę przerwać czytanie, żeby mogła dokładnie ją obejrzeć. I wcale jej się nie dziwię, bo sama z przyjemnością przyglądałam się tym wszystkim drobiazgom.

Ogromnym plusem jest również duża, wyraźna i przyjazna dzieciom czcionka. To szczególnie ważne w przypadku młodszych czytelników, którzy dopiero nabierają wprawy w samodzielnym czytaniu. Tekst nie przytłacza, a ilustracje sprawiają, że nawet grubsza książka nie wydaje się taka straszna.

Zoja zdecydowanie zasługuje na uwagę! Nie należy do bohaterek, które spokojnie siedzą w kącie i czekają, aż ktoś rozwiąże za nie wszystkie problemy. Jest ciekawa świata, odważna, pomysłowa, a przy tym ma ogromne serce. Kiedy w jej życiu zaczynają dziać się rzeczy, których nie sposób racjonalnie wytłumaczyć, nie zamierza odwracać wzroku i udawać, że niczego nie zauważyła.

I właśnie humor jest jedną z największych zalet tej książki. Autorka ma niezwykłą umiejętność tworzenia scen, które są jednocześnie zwariowane i bardzo obrazowe. Bohaterowie potrafią powiedzieć coś tak niespodziewanego, że człowiek mimowolnie się uśmiecha. A kiedy do akcji wkraczają kapciuszkowi piraci, robi się jeszcze weselej!

Bardzo spodobał mi się również sposób, w jaki Anna Samborowska prowadzi tę historię. Pisze lekko i swobodnie, ale jednocześnie nie traktuje młodego czytelnika pobłażliwie. Nie upraszcza wszystkiego na siłę, pozwala dzieciom myśleć, zadawać pytania i samodzielnie łączyć kolejne elementy układanki.

Dialogi są żywe i naturalne, a opisy na tyle plastyczne, że bez trudu można wyobrazić sobie nawet najbardziej niecodzienne sytuacje. Podoba mi się też tempo opowieści. Autorka umiejętnie przeplata spokojniejsze momenty z kolejnymi przygodami, dzięki czemu historia nie nuży, mimo że sporo się w niej dzieje.

Co ważne, książka świetnie sprawdza się podczas czytania na głos. Zdania płyną naturalnie, a charakterystyczne wypowiedzi bohaterów sprawiają, że można naprawdę dobrze się bawić, wcielając się w kolejne postacie. I właśnie takie książki lubię czytać Basi najbardziej — kiedy sama czerpię z tego równie dużą przyjemność jak ona. 

Podczas czytania z Basią szczególną przyjemność sprawiało mi to, że historia nieustannie czymś nas zaskakiwała. Kiedy wydawało się, że już wiemy, dokąd zmierzają bohaterowie, pojawiała się kolejna zagadka albo zupełnie nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Nieraz kończyłyśmy rozdział z poczuciem, że koniecznie musimy dowiedzieć się, co będzie dalej. A przecież miałyśmy przeczytać tylko kawałeczek!

Bardzo polubiłam również bohaterów drugoplanowych. Każdy z nich wnosi do tej historii coś własnego. Jedni rozśmieszają, inni zaskakują, a jeszcze inni pokazują, że nawet ktoś uparty, popełniający błędy i przekonany o własnej nieomylności może się zmienić.

I tutaj dochodzimy do czegoś, co szczególnie cenię w literaturze dziecięcej.

Pod warstwą humoru, magii i szalonych przygód autorka ukryła naprawdę wartościową opowieść.

O rodzinie, która mimo nieporozumień potrafi się zjednoczyć. O przyjaźni, odpowiedzialności i odwadze. O tym, że warto przyznać się do błędu, nawet jeśli nie jest to łatwe. I o tym, że czasami dopiero w obliczu utraty czegoś ważnego zaczynamy rozumieć, jak wiele już mamy.

Szczególnie poruszył mnie wątek Romana Wytrzeszcza. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo uważam, że najlepiej samodzielnie odkrywać jego historię, ale jego losy przypominają, że pogoń za własnymi pragnieniami potrafi przesłonić to, co naprawdę najcenniejsze. A przecież żadna magia nie zastąpi bliskości drugiego człowieka.

Najbardziej podoba mi się jednak to, że Zoja nie jest bohaterką idealną. Nie zna odpowiedzi na wszystkie pytania, czasami się boi, denerwuje i wątpi we własne możliwości. Dzięki temu jest taka prawdziwa i bliska młodemu czytelnikowi. A kiedy przychodzi moment podjęcia trudnej decyzji, potrafi posłuchać własnego serca.

A to bardzo piękna lekcja dla dzieci.

Bo odwaga nie zawsze oznacza brak strachu. Czasami oznacza zrobienie tego, co słuszne, nawet wtedy, gdy bardzo się boimy.

Na uwagę zasługuje także pomysł wykorzystania alfabetu Morse’a. To coś, co wyróżnia tę książkę spośród wielu innych dziecięcych historii. Zaszyfrowane wiadomości pobudzają ciekawość i zachęcają do samodzielnego odkrywania tajemnic. Co ważne, na końcu książki znajduje się pomocna ściągawka, dzięki której młody czytelnik może spróbować swoich sił w rozszyfrowywaniu wiadomości.

Uwielbiam takie rozwiązania! Dziecko nie jest wyłącznie odbiorcą opowieści, ale może na chwilę poczuć się jak prawdziwy detektyw.

Warto też zwrócić uwagę na samą klątwę i to, jak wielką rolę odgrywa wiara w jej działanie. Ten motyw skłania do zastanowienia się nad tym, jak nasze przekonania, obawy i wyobrażenia potrafią wpływać na nasze zachowanie. A wszystko zostało podane w tak lekkiej formie, że młodszy czytelnik nie ma poczucia, że ktoś próbuje go czegoś na siłę nauczyć.

Nie mogę też nie wspomnieć o zakończeniu. Autorka umiejętnie połączyła emocje, napięcie i humor, a po całym zamieszaniu pozwoliła bohaterom i czytelnikom odetchnąć. Zrobiło się cieplej, rodzinnie i naprawdę przyjemnie. To jedno z tych zakończeń, które przypominają, że czasami największym szczęściem jest po prostu bycie razem.

Wiecie, co jeszcze bardzo lubię w takich książkach?

To, że można czytać je razem z dzieckiem i każde z nas odnajduje w nich coś dla siebie. Basia mogła cieszyć się niezwykłymi postaciami i przygodami, a ja oprócz tego dostrzegałam te wszystkie małe, ważne przesłania ukryte pomiędzy kolejnymi wydarzeniami.

I właśnie za takie chwile uwielbiam nasze wspólne czytanie. Za śmiech Basi, jej zaciekawienie, pytania i te momenty, kiedy obie nie możemy doczekać się kolejnego rozdziału. Bo książki dają nam coś znacznie więcej niż piękne historie. Dają nam wspomnienia, rozmowy i czas, którego nikt nam nie odbierze. 

„Zoja i klątwa śmierdziołków” to pełna wyobraźni, humoru, magii i niespodzianek opowieść, która bawi, wciąga, ale potrafi też wzruszyć. Jest w niej miejsce na niezwykłe przyjaźnie, rodzinne emocje i wartości, o których warto rozmawiać z dziećmi.

Zdecydowanie polecamy! 

Szczególnie dzieciom, które lubią zagadki, niezwykłe stworzenia, odrobinę magii i historie, w których nigdy nie wiadomo, co wydarzy się za chwilę. A także rodzicom, którzy szukają książki do wspólnego czytania, przy której można się pośmiać, przeżyć przygodę i przy okazji porozmawiać o tym, co w życiu naprawdę ważne.

Bo najpiękniejsze w książkach dla dzieci jest dla mnie właśnie to, że nawet najbardziej zwariowana historia potrafi zostawić w małym sercu coś naprawdę wartościowego. 

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Novae Res.


czwartek, 22 października 2026

Testament zbrodni” – Marta Malinowska




Uwielbiam zagadki, tajemnice i ten moment, kiedy zaczynam podejrzewać niemal każdego bohatera, próbując samodzielnie odkryć prawdę. A kiedy do tego wszystkiego dochodzą rodzinne sekrety, wydarzenia sprzed lat i zbrodnia, to już wiem, że czeka mnie ciekawa lektura.

Tym razem w moje ręce trafił „Testament zbrodni” Marty Malinowskiej, książka, którą miałam ogromną przyjemność obejąć patronatem medialnym. ❤️ Nie ukrywam, że to dla mnie wyjątkowe uczucie, szczególnie, gdy mogę patronować historii należącej do mojego ukochanego gatunku. Byłam bardzo ciekawa, co autorka przygotowała dla czytelników i jakie tajemnice przyjdzie mi odkrywać na kartach tej powieści.

Felicja postanawia zorganizować w swoim dworku pod lasem wspólne urodziny – swoje i swojej siostry Klotyldy. Na spotkanie zaprasza najbliższych. Co ciekawe, nikt z rodziny nie wie, że siostry od dawna utrzymują dobre relacje. Kobiety z pewnych powodów postanowiły zachować to w tajemnicy.

Podczas przyjęcia dochodzi jednak do tragedii. Felicja niespodziewanie umiera po zjedzeniu kawałka ciasta. Rodzinne świętowanie zamienia się w poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się wydarzyło. Pojawiają się podejrzenia, a każdy z obecnych zaczyna przyglądać się pozostałym.

Jakby tego wszystkiego było mało, pojawia się jeszcze tajemnica skarbu, który podobno został ukryty gdzieś na terenie posiadłości. I choć rodzina właśnie przeżyła tragedię, niektórzy zamiast zastanawiać się nad śmiercią Felicji, z zapałem rozpoczynają poszukiwania. Tylko czy ten skarb naprawdę istnieje? A może chęć zdobycia fortuny jest na tyle silna, że ktoś byłby gotów posunąć się nawet do morderstwa?

Jedną z rzeczy, które bardzo spodobały mi się w tej powieści, jest przedstawienie historii z trzech różnych perspektyw. Dzięki temu możemy spojrzeć na wydarzenia z różnych stron, a kolejne elementy całej układanki stopniowo zaczynają do siebie pasować.

Kolejnym ogromnym plusem tej powieści jest przedstawienie wydarzeń na trzech płaszczyznach czasowych. Poznajemy historię bohaterek, kiedy miały po dwadzieścia kilka lat, następnie przenosimy się do okresu przygotowań do rodzinnych urodzin, a także śledzimy wydarzenia rozgrywające się po śmierci Felicji.

Bardzo spodobał mi się taki sposób prowadzenia fabuły, ponieważ pozwolił na poznać bohaterów jeszcze przed całym przyjęciem, przyjrzeć się ich codzienności, relacjom i problemom. Natomiast wydarzenia rozgrywające się po śmierci Felicji stopniowo dopełniały ich obraz. Wychodziły na jaw kolejne sekrety, prawdziwe intencje i nieznane wcześniej oblicza poszczególnych postaci. Dzięki temu mogłam lepiej zrozumieć ich zachowania, a czasami zupełnie zmienić swoje wcześniejsze spojrzenie na danego bohatera.

Na uwagę zasługuje również cała plejada bohaterów, których Marta Malinowska powołała do życia na kartach tej powieści. Każdy z nich ma swoją historię, własne problemy, pragnienia i tajemnice. Nie są to postacie pojawiają się tylko po to, żeby zapełnić kolejne strony. Każda wnosi coś do całej opowieści, a im lepiej ją poznajemy, tym więcej pojawia się pytań.

Felicja to kobieta, wokół której skupia się cała historia. Z jednej strony poznajemy ją jako starszą panią pragnącą spędzić urodziny w gronie najbliższych, z drugiej zaś dzięki powrotom do przeszłości odkrywamy jej młodość, trudne doświadczenia i decyzje, mające wpływ na całe jej życie.

Podobnie jest z Klotyldą, jej siostrą, która potrafi zaskoczyć swoim zachowaniem. Obie kobiety łączy znacznie więcej, niż mogłoby się początkowo wydawać.

Mamy też Ewarysta, dla którego pieniądze odgrywają ogromną rolę, a jego żona Dorota nie zawsze ma łatwo w swoim małżeństwie. Emilia to młoda kobieta potrafiąca spojrzeć na pewne sprawy zupełnie inaczej niż pozostali. Z kolei Dobrawa, siostra Ewarysta, jest kobietą konkretną, skupioną na pracy i przyzwyczajoną do tego, że wszystko powinno być po jej myśli. Nie możemy też zapomnieć o tajemniczym Idzim, którego zachowanie wzbudza coraz więcej pytań.

Warto wspomnieć również o Makarym i Tekli. To postacie, których historie skłaniają do refleksji i pokazują, jak niewiele czasami wiemy o drugim człowieku. Autorka stopniowo pozwala nam poznawać ich życie, nie odkrywając od razu wszystkich tajemnic.

I oczywiście nie mogę zapomnieć o Fince, córce Doroty i Ewarysta- zdecydowanie skradła moje serce! Ta dziewczyna ma charakterek, cięty język i własne zdanie na niemal każdy temat. Jest pomysłowa, odważna, a momentami naprawdę nieprzewidywalna. Nigdy nie wiadomo, czym jeszcze zaskoczy czytelnika. Bardzo polubiłam jej bezpośredniość i to, że nie boi się działać po swojemu. Zdecydowanie jest jedną z tych postaci, które zapadają w pamięć!

Bardzo podoba mi się to, że bohaterowie nie są przedstawieni wyłącznie w czarnych lub białych barwach. Mają swoje słabości, popełniają błędy, podejmują trudne decyzje i nie zawsze postępują tak, jak moglibyśmy oczekiwać. A im więcej się o nich dowiadujemy, tym trudniej jednoznacznie ich ocenić. Czasami wystarczy jedna rozmowa czy wspomnienie, żeby zupełnie zmienić zdanie o bohaterze.

Marta Malinowska doskonale wie, jak wzbudzić w czytelniku napięcie i utrzymać je przez całą powieść. Co więcej, potrafi je nieustannie podsycać, dorzucając kolejne tajemnice, niedopowiedzenia i zaskakujące szczegóły. Dzięki temu trudno było mi odłożyć książkę na bok. Ciągle chciałam wiedzieć więcej, odkryć kolejną tajemnicę i przekonać się, czy moje przypuszczenia są słuszne.

Do tego autorka pisze niezwykle lekko i swobodnie, przez co przez kolejne strony po prostu się płynie. Nawet nie zauważyłam, kiedy dotarłam do końca! Przyznam, że aż byłam zaskoczona, że to już ostatnie strony, bo z przyjemnością zostałabym z tą historią jeszcze trochę dłużej.

Kolejną rzeczą, która urzekła mnie w tej powieści, są trudne tematy poruszane przez autorkę. Marta Malinowska nie przedstawia ich w oderwaniu od fabuły, lecz umiejętnie wplata w całą historię, sprawiając, że oprócz rozwiązywania zagadki kryminalnej mamy również okazję zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad ludzkim losem.

Autorka pokazuje, jak jedna feralna noc potrafi zmienić całe życie. Jak ogromny wpływ na człowieka może mieć doświadczenie przemocy, jakie pozostawia po sobie rany i ile trudnych, często sprzecznych uczuć, potrafi wywołać. Są przecież wydarzenia, których nie da się tak po prostu wymazać z pamięci. Można próbować żyć dalej, ukrywać swoje emocje, udawać, że wszystko jest w porządku, ale przeszłość nie zawsze pozwala o sobie zapomnieć.

Bardzo poruszył mnie również wątek Makarego, dorosłego mężczyzny w spektrum autyzmu. Autorka pokazuje, jak trudne były czasy, w których osoby takie jak on często pozostawały bez właściwej diagnozy, zrozumienia i odpowiedniego wsparcia. Ludzie potrafili bezlitośnie wyśmiewać kogoś tylko dlatego, że zachowywał się inaczej. Nie próbowali zrozumieć, nie zastanawiali się, z czego wynikają pewne zachowania. Łatwiej było ocenić, przykleić komuś łatkę i odsunąć go na bok.

Na szczęście dzisiaj mamy znacznie większą świadomość autyzmu i więcej możliwości diagnozy oraz wsparcia, choć nadal pozostaje wiele do zrobienia. Mamy terapie i różne formy pomocy, które mogą ułatwiać codzienne życie, ale dla mnie niezwykle ważne jest również coś innego. Żebyśmy uczyli się dostosowywać świat do potrzeb dzieciaków i dorosłych w spektrum, zamiast za wszelką cenę próbować dopasować ich do świata.

Bo przecież to, że ktoś inaczej odbiera rzeczywistość, inaczej okazuje emocje czy w końcu inaczej się komunikuje, nie oznacza, że jest gorszy. Oznacza jedynie, że potrzebuje zrozumienia, akceptacji i przestrzeni, w której będzie mógł być sobą.

Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło! Byłam już niemal pewna, kto mógł chcieć pozbyć się Felicji. Wydawało mi się, że wszystko zaczyna układać się w logiczną całość, a ja wreszcie znalazłam rozwiązanie zagadki. I właśnie wtedy autorka udowodniła mi, jak bardzo się myliłam! Kompletnie nie spodziewałam się takiego obrotu wydarzeń. Uwielbiam takie momenty w kryminałach, kiedy człowiek jest przekonany, że już wszystko wie, a okazuje się, że prawda wygląda zupełnie inaczej.

Jeżeli lubicie kryminały, w których nic nie jest tak oczywiste, jak początkowo mogłoby się wydawać, koniecznie sięgnijcie po tę książkę!

Marta Malinowska stworzyła historię, wciągającą i zaskakującą historię i nie pozwala oderwać się od kolejnych stron. Pełną rodzinnych sekretów, nieoczywistych bohaterów i emocji, które towarzyszą nam jeszcze długo po zakończeniu lektury. To zdecydowanie jedna z tych powieści, które przypominają mi, za co tak bardzo kocham kryminały!

Z całego serca polecam „Testament zbrodni”! ❤️📖 Ja jestem zachwycona i ogromnie dumna, że mogłam objąć tę powieść patronatem medialnym.

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem WasPos. Książkę objęłam również patronatem medialnym jako Po Drugiej Stronie Książki. 

📖❤️ „Niewidzialne rany” – Anna Więzik


 


Są takie historie, które przypominają nam, jak wiele człowiek potrafi znieść, zanim w końcu znajdzie w sobie siłę, żeby zawalczyć o własne szczęście. Historie, w których miłość nie zawsze oznacza bezpieczeństwo, a zaufanie, raz utracone, niezwykle trudno odbudować.

Właśnie z taką opowieścią przyszło mi się zmierzyć.

Poznajemy Emmę, kobietę, która ma za sobą bolesne doświadczenia i próbuje na nowo poukładać swoje życie. Już jako mała dziewczynka musiała zmierzyć się z rzeczywistością, której żadne dziecko nie powinno doświadczać. Zamiast beztroskiego dzieciństwa były strach, przemoc i poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo. Dorastała zbyt szybko, ucząc się ukrywać własne emocje i przetrwać kolejny dzień.

Wydawać by się mogło, że dorosłość pozwoli jej wreszcie zostawić wszystko za sobą. Niestety, przeszłość nie daje o sobie zapomnieć. Pozostawiła ślady, których nie da się wymazać jednym przepraszam, obietnicą poprawy czy nawet najszczerszymi uczuciami.

W jej życiu ważne miejsce zajmuje Dawid. Mężczyzna, który sam musi zmierzyć się z własnymi demonami, błędami i konsekwencjami podejmowanych decyzji. Ich historia nie należy do łatwych. Jest w niej wiele bólu, trudnych emocji, strachu, ale również nadziei, że człowiek może się zmienić, jeśli naprawdę tego chce i podejmie odpowiednie kroki.

Przyznam, że Emma wzbudzała we mnie naprawdę różne emocje. Były chwile, kiedy ogromnie jej współczułam i chciałam, żeby wreszcie zaznała spokoju. Innym razem podziwiałam ją za siłę i odwagę, z jaką próbowała poukładać swoje życie. Ale nie będę ukrywać, że zdarzało mi się również złościć na jej decyzje. Czasami miałam ochotę nią potrząsnąć i powiedzieć: dziewczyno, pomyśl wreszcie o sobie! Tylko czy będąc na jej miejscu, sama postąpiłabym inaczej? Łatwo oceniać czyjeś wybory, kiedy nie nosimy w sobie jego wspomnień, lęków i doświadczeń. I chyba właśnie dlatego ta historia skłoniła mnie do tylu przemyśleń.

Bo czy miłość wystarczy, żeby naprawić to, co zostało zniszczone? Czy można ponownie zaufać komuś, kto kiedyś tak bardzo nas zranił? I gdzie przebiega granica między wybaczeniem a zapomnieniem?

Podczas lektury wielokrotnie zastanawiałam się nad tym, jak trudno jest odzyskać poczucie bezpieczeństwa. Jak wiele odwagi wymaga przyznanie przed samym sobą, że potrzebujemy pomocy. I jak ogromnym krokiem może być podjęcie decyzji, że tym razem chcemy żyć inaczej.

Bardzo ważną rolę w tej historii odgrywają również bliscy Emmy. Ich obecność przypomina, że czasami człowiek potrzebuje kogoś, kto po prostu będzie obok. Nie rozwiąże za niego wszystkich problemów, nie cofnie przeszłości, ale poda rękę wtedy, gdy samemu trudno znaleźć siłę, żeby wstać.

Szczególnie poruszył mnie motyw odzyskiwania siebie. Bo przecież po trudnych doświadczeniach nie wystarczy zamknąć drzwi i powiedzieć, że zaczynamy od nowa. Wspomnienia pozostają, lęki potrafią wracać w najmniej oczekiwanych chwilach, a zaufania do drugiego człowieka trzeba uczyć się niemal od początku.

Podoba mi się, że w tej historii znalazło się miejsce na terapię, rozmowy o emocjach i potrzebę przepracowania przeszłości. To ważne przypomnienie, że proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości. Czasami jest właśnie największym dowodem odwagi.

Nie mogłam również przejść obojętnie obok relacji rodzinnych. Wśród wszystkich trudnych wydarzeń pojawiają się chwile zwyczajnej codzienności, ciepła i bliskości. Takie momenty przypominają, o co tak naprawdę warto walczyć. O spokojny poranek, o śmiech dziecka, o dom, w którym nie trzeba się bać, i o ludzi, przy których można być po prostu sobą.

Ta książka skłoniła mnie także do zastanowienia się nad drugą szansą. Wierzę, że ludzie potrafią się zmieniać, ale wierzę również, że za słowami muszą iść czyny. Samo przepraszam nie naprawia wyrządzonej krzywdy, a przebaczenie nie oznacza obowiązku ponownego wpuszczenia kogoś do swojego życia.

Najważniejsze jest dla mnie to, że Emma stopniowo zaczyna dostrzegać własną wartość. Uczy się podejmować decyzje, stawiać granice i myśleć o przyszłości nie tylko przez pryzmat tego, co wydarzyło się wcześniej.

I chyba właśnie to chciałabym najbardziej podkreślić.

Że nawet jeśli ktoś przez długi czas żył w cieniu strachu, bólu i rozczarowania, nie oznacza to, że tak musi wyglądać cała jego przyszłość.

To opowieść o trudnych relacjach, konsekwencjach błędów, rodzinie, przebaczeniu i nadziei. O tym, że odbudowywanie życia wymaga czasu, cierpliwości i ogromnej pracy nad sobą.

A przede wszystkim o tym, że każdy zasługuje na spokój, szacunek i poczucie bezpieczeństwa.

Bo czasami największym dowodem siły nie jest walka o drugiego człowieka, ale odwaga, żeby wreszcie zawalczyć o siebie.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią historie pełne emocji, trudnych wyborów i bohaterów, którzy nie zawsze postępują tak, jakbyśmy tego oczekiwali. To opowieść o miłości, zaufaniu, rodzinie i próbie odnalezienia szczęścia na nowo. O tym, że przeszłości nie da się wymazać, ale można spróbować zbudować coś pięknego pomimo niej. ❤️

Reklama | Egzemplarz książki „Niewidzialne rany” otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z autorką Anną Więzik. ❤️📚

środa, 14 października 2026

„Tysiąc bieszczadzkich gwiazd” – Katarzyna Fiołek


 

To moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Fiołek. Muszę Wam przyznać, że do sięgnięcia po „Tysiąc bieszczadzkich gwiazd” skusiło mnie przede wszystkim miejsce, w którym rozgrywa się historia. Bieszczady od zawsze mnie fascynowały, a kiedy dodamy do tego zimową scenerię, którą tak uwielbiam, trudno mi było oprzeć się tej powieści. Byłam bardzo ciekawa, jaką historię przygotowała dla nas autorka.

Łucja wyjechała z Bieszczadów wiele lat temu i zrobiła wszystko, żeby zostawić za sobą trudne dzieciństwo. W Warszawie zbudowała życie, w którym nie ma miejsca na słabości. Dobra praca, sukcesy zawodowe i niezależność dają jej poczucie, że wreszcie ma nad wszystkim kontrolę.

Odziedziczony po babci dom w Lutowiskach jest dla niej jedynie niechcianą pamiątką po przeszłości, do której nie zamierza wracać. Kiedy pojawia się możliwość sprzedaży nieruchomości, Łucja postanawia osobiście dopilnować formalności i raz na zawsze zamknąć ten rozdział swojego życia.

Powrót w Bieszczady oznacza jednak spotkanie z miejscami i ludźmi, o których przez lata starała się nie myśleć. Wśród nich jest Janek, z którym łączyła ją nie tylko piękna przyjaźń, ale również pierwsza miłość. To właśnie przy nim i jego rodzinie odnajdywała ciepło, troskę i poczucie bezpieczeństwa, których tak bardzo brakowało jej we własnym domu. Choć ich drogi rozeszły się wiele lat temu, wspólna przeszłość wciąż pozostaje częścią ich życia. Ponowne spotkanie sprawia, że wracają nie tylko wspomnienia, ale również emocje, o których oboje mogli już dawno zapomnieć.

Dokąd zaprowadzą ich te emocje? Czy Łucja zdecyduje się sprzedać odziedziczoną nieruchomość i wrócić do swojego życia w Warszawie, czy może Bieszczady zatrzymają ją na dłużej?

Od zawsze marzyłam o tym, żeby odwiedzić Bieszczady, ale jak dotąd nie miałam takiej okazji. Muszę Wam jednak przyznać, że dzięki autorce mogłam choć na chwilę się tam przenieść. Katarzyna Fiołek pokazała mi Bieszczady o różnych porach roku, ale najbardziej urzekła mnie bieszczadzka zima. Kocham śnieg, ośnieżone krajobrazy i tę wyjątkową atmosferę, kiedy wszystko pokrywa biały puch, a świat jakby na chwilę zwalnia. Czytając opisy tych miejsc, niemal widziałam je oczami wyobraźni i miałam jeszcze większą ochotę spakować walizkę, żeby wreszcie zobaczyć Bieszczady na własne oczy.

Łucja to kobieta silna, ambitna i niezależna. Wie, czego chce od życia, i konsekwentnie dąży do wyznaczonych celów. Nie boi się ciężkiej pracy, jest uparta i przyzwyczajona do tego, że ze wszystkim musi radzić sobie sama. Na pierwszy rzut oka można odnieść wrażenie, że ma wszystko, czego potrzeba do szczęścia. Jednak za tym wizerunkiem kryje się zupełnie inna osoba.

Łucję bardzo polubiłam. Podziwiałam ją za to, że mimo trudnych doświadczeń nie poddawała się i tak wiele potrafiła osiągnąć własnymi siłami. A jednak było mi jej zwyczajnie żal. Przez lata stworzyła zupełnie inną wersję siebie, pilnowała się na każdym kroku i starała się nie pokazywać tego, co naprawdę czuje. Tak bardzo przyzwyczaiła się do ukrywania emocji, że trudno było jej pozwolić sobie nawet na chwilę słabości. Z zewnątrz mogło się wydawać, że jest kobietą spełnioną, która osiągnęła wszystko, czego pragnęła. Tylko czy rzeczywiście była szczęśliwa? Moim zdaniem jej życie było od tego szczęścia bardzo dalekie. Miała sukcesy, pieniądze i niezależność, ale gdzieś po drodze zabrakło w tym wszystkim miejsca na nią samą.

A czy uda jej się w końcu odnaleźć swoje prawdziwe „ja” i zacząć żyć w zgodzie ze sobą? No cóż, tego musicie się już dowiedzieć sami!

Janek to mężczyzna, który ma w sobie mnóstwo ciepła i poczucia humoru. Jest pracowity, zaradny i mocno związany z Bieszczadami. Włożył wiele serca w stworzenie swojego „Przystanku Buczek” i widać, że jest dumny z tego, co udało mu się osiągnąć. Ma też w sobie taką zwyczajną, ludzką serdeczność, która bardzo mi się podobała.

Jednak trudno nie zauważyć, jak bardzo Janek i Łucja się od siebie różnią. Dla niego Bieszczady są domem, miejscem, którego nie wyobraża sobie opuścić. Ona natomiast przez lata robiła wszystko, żeby zostawić je za sobą. Janek nie zawsze rozumiał jej decyzje, choć tak bardzo pragnął ją chronić, kochać i po prostu być przy niej. To właśnie on znał jej prawdziwe oblicze, wiedział, przez co przeszła i ile bólu nosiła w sobie. Znał dziewczynę, która kryła się za wizerunkiem silnej i niezależnej kobiety. Tylko czy po tylu latach rozłąki sam pozostał tym samym chłopakiem, którego Łucja kiedyś znała i kochała?

Kolejną rzeczą, która bardzo mi się spodobała, jest sposób, w jaki autorka poprowadziła historię. Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością, dzięki czemu poznajemy dzieciństwo i młodzieńcze lata Łucji oraz Janka. Możemy obserwować bohaterów na różnych etapach ich życia, widzieć, jak dorastają, zmieniają się i jak rozwija się ich relacja. Przyjaźń, która początkowo ich łączy, z czasem zaczyna przeradzać się w coś znacznie głębszego. Pojawia się pierwsza miłość, pragnienie bliskości i emocje, z którymi nie zawsze łatwo sobie poradzić. Stopniowo odkrywamy również, co stanęło na drodze zakochanych i dlaczego ich losy potoczyły się właśnie w taki, a nie inny sposób. Bardzo podobało mi się to przeplatanie przeszłości z teraźniejszością, ponieważ z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam bohaterów i podejmowane przez nich decyzje.

Katarzyna Fiołek pisze lekko i swobodnie, dzięki czemu książkę czyta się niemal jednym tchem. I choć autorka porusza trudne, momentami bardzo bolesne tematy, robi to w sposób, który nie przytłacza czytelnika, ale skłania do refleksji. Pokazuje, jak wielką krzywdę mogą wyrządzić dziecku obojętność, brak ciepła i bliskości, a także przemoc słowna. Jak głęboko takie doświadczenia potrafią się w nim zakorzenić i pozostawić ślad na całe dorosłe życie.

Ta historia uświadamia również, jak wiele odwagi i wewnętrznej siły potrzeba, żeby zmierzyć się z bolesną przeszłością, nauczyć się wybaczać i wreszcie odważyć się zmienić własne życie. Ale pokazuje też, że czasem tej siły po prostu brakuje. Nie każdy potrafi poradzić sobie z bólem i trudnymi emocjami. Bywa, że zamiast się z nimi zmierzyć, człowiek szuka innych sposobów, żeby je zagłuszyć, choćby tylko na chwilę. Niestety, nie zawsze przynosi mu to ulgę, której tak bardzo potrzebuje.

Autorka pokazuje również, jak łatwo przychodzi nam ocenianie innych, kiedy nie znamy całej prawdy ani tego, przez co musieli przejść. A przecież o ile łatwiej byłoby nam żyć, gdybyśmy potrafili szczerze ze sobą rozmawiać, zamiast ukrywać prawdę i latami nosić w sobie tajemnice. Bo czasem to właśnie one stają się ciężarem, który nie pozwala nam ruszyć dalej, a przy tym potrafią ranić nie tylko nas samych, ale również innych ludzi.

Katarzynie Fiołek udało się wzbudzić we mnie cały wachlarz emocji — od wzruszenia, przez złość, aż po niedowierzanie. Niektóre wydarzenia naprawdę mocno mnie poruszyły, a decyzje bohaterów sprawiały, że momentami aż trudno było mi uwierzyć w to, co czytam. Szczególnie długo nie potrafiłam zrozumieć postępowania babci Łucji. I choć z czasem poznałam całą historię oraz motywy, którymi się kierowała, nie zmieniło to mojego zdania. Są pewne zachowania, których po prostu nie potrafię usprawiedliwić. I muszę Wam przyznać, że ja na miejscu Łucji nie potrafiłabym jej wybaczyć.

W książce pojawia się również kilka zwrotów akcji, które potrafiły mnie naprawdę zaskoczyć. Kiedy wydawało mi się, że wszystko zaczyna układać się w całość i wiem, w jakim kierunku zmierza ta historia, autorka ujawniała kolejne szczegóły, które zupełnie zmieniały moje spojrzenie na niektóre wydarzenia i bohaterów. Dzięki temu moja ciekawość tylko rosła, a ja z każdą kolejną stroną coraz bardziej chciałam poznać całą prawdę.

Zakończenie książki z jednej strony mnie zaskoczyło, a z drugiej pozostawiło we mnie przyjemne poczucie spokoju i satysfakcji. Przyznam, że spodziewałam się zupełnie innego obrotu wydarzeń, ale ostatecznie bardzo spodobało mi się to, w jaki sposób autorka zakończyła tę historię. Nie zawsze wszystko musi układać się tak, jak sobie wyobrażamy, żebyśmy mogli poczuć, że właśnie tak powinno być. I chyba właśnie z takim uczuciem zamknęłam tę książkę.

Polecam Wam tę powieść, szczególnie jeśli lubicie historie, w których miłość przeplata się z trudnymi doświadczeniami, rodzinnymi tajemnicami i emocjami, które nie zawsze łatwo zrozumieć. To książka, która potrafi wzruszyć, zaskoczyć, a momentami nawet zezłościć. Skłania do refleksji nad tym, jak ogromny wpływ na nasze życie ma przeszłość, jak trudno czasem wybaczyć i ile odwagi potrzeba, żeby zawalczyć o własne szczęście. A wszystko to w otoczeniu przepięknych Bieszczadów, które dodają tej historii wyjątkowego uroku.

I na sam koniec zdradzę Wam jeszcze jedną rzecz — już nie mogę się doczekać kolejnej powieści Katarzyny Fiołek! Jestem ogromnie ciekawa, jaką historię tym razem przygotuje dla swoich czytelników i jakie emocje będą nam towarzyszyć podczas lektury.


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach barterowej współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem MUZA.


niedziela, 11 października 2026

„W zasięgu śmierci” – Aldona Kucner 📖

         


   

 Internet potrafi być pięknym miejscem, ale ma też swoją ciemną stronę. Widzimy uśmiechnięte twarze, sukcesy, pieniądze i życie, którego wielu może tylko pozazdrościć. Ale czy tak naprawdę wiemy, co kryje się za ekranem telefonu? Czy miliony obserwujących i ogromna popularność oznaczają szczęście?


Aldona Kucner w książce „W zasięgu śmierci” zabiera nas do świata, w którym internet odgrywa ogromną rolę, a granica między tym, co widzimy, a rzeczywistością potrafi być naprawdę niebezpieczna.


We Wrocławiu dochodzi do kolejnej tragedii. Z dachu akademika spada piętnastoletni Kamil Szyszka, znany w internecie jako Kaszisz. Chłopak ma miliony obserwujących, odnosi sukcesy, zarabia ogromne pieniądze i wydaje się, że ma wszystko, czego można zapragnąć. Dlaczego więc jego życie kończy się w tak tragiczny sposób?


Sprawą zajmuje się komisarz Gizela „Izka” Sikora. To już czwarta podobna śmierć w ciągu zaledwie miesiąca. Wszystko wskazuje na to, że tragedie mogą mieć związek z tajemniczą grą internetową, która wciąga młodych ludzi w niebezpieczny świat. Jest jednak pewien szczegół, który nie daje Izce spokoju. Przy ciele Kamila brakuje charakterystycznego symbolu, który pojawiał się u wcześniejszych ofiar.


Rodzice chłopaka nie wierzą, że ich syn mógł odebrać sobie życie. Przecież miał dziewczynę, plany na przyszłość i mnóstwo powodów do radości. Kiedy jednak policjantka zaczyna przyglądać się jego internetowej działalności, odkrywa, że za uśmiechem i ogromną popularnością kryło się znacznie więcej, niż mogłoby się wydawać.


Czy Kamil rzeczywiście padł ofiarą niebezpiecznej gry? A może ktoś chciał, żeby właśnie tak wyglądała jego śmierć?


Aldona Kucner od pierwszych stron trzyma czytelnika w napięciu. Stopniowo odsłania fragmenty życia głównej bohaterki, a każdy kolejny rozdział sprawia, że coraz bardziej chcemy poznać jej historię. I właśnie w ten sposób wciągnęła mnie do świata Izki i jej kolegów, z którego naprawdę ciężko było mi się wydostać.


Z jednej strony chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, kto skrzywdził Kamila, ale z drugiej wcale nie miałam ochoty rozstawać się z bohaterami. I muszę Wam powiedzieć, że już teraz z niecierpliwością czekam na ich dalsze losy!


Ogromnym atutem tej powieści są właśnie bohaterowie. Każdy z nich ma swoje zalety, słabości, problemy i skrywane sekrety. Nie zawsze są pewni siebie, czasem towarzyszą im obawy, jednak mimo wszystko potrafią wykazać się odwagą i wspierać nawzajem. Choć na co dzień nieobce jest im poczucie samotności, w swoim towarzystwie odnajdują siłę, której czasami tak bardzo im brakuje.


Izka wychowała się bez ojca, a jej mama była dość specyficzną osobą, która miała ogromny wpływ na życie bohaterki. Być może właśnie dlatego tak trudno jest jej znaleźć bratnią duszę. To silna i odważna kobieta, ale jednocześnie skrywa w sobie wiele tajemnic. Jakich? Tego oczywiście Wam nie zdradzę.


Jest niezwykle skrupulatna i pracowita. Kiedy już złapie jakiś trop, nie potrafi odpuścić. Uparcie dąży do prawdy, nie zadowala się prostymi odpowiedziami i chce dowiedzieć się, co naprawdę się wydarzyło. Praca zajmuje ogromną część jej życia, ale na szczęście są też osoby, na których może polegać. Należą do nich przyrodnia siostra i jej syn, którzy są dla niej ogromnym oparciem.


Nie sposób nie wspomnieć również o Pawle. Ukończył tę samą szkołę co Izka, znają się jak dwa łyse konie, a na dodatek razem pracują. Izka wie, że zawsze może na niego liczyć.


Można też odnieść wrażenie, że z jego strony jest to coś więcej niż zwykła przyjaźń. Wiele wskazuje na to, że Paweł jest w niej zakochany, choć ona zdaje się zupełnie tego nie dostrzegać. Przyznam, że jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczy się ich relacja.


Marek również pracuje z Izką. Jest zawsze uśmiechnięty, pomocny i traktuje ją trochę jak siostrę. Kiedy bohaterka przechodzi trudne chwile, nie zostawia jej samej. Jest obok, wspiera ją i pomaga stanąć na nogi.


Cała trójka tworzy naprawdę zgraną drużynę. Wspólnie szukają rozwiązań, podrzucają sobie pomysły i patrzą na różne sytuacje z nieco innej perspektywy. Każde z nich wnosi coś od siebie, a ich wzajemne relacje sprawiają, że z przyjemnością śledziłam nie tylko postępy śledztwa, ale również ich codzienne życie.


Bardzo spodobało mi się to, że poznajemy nie tylko ich zawodową stronę. Możemy zajrzeć w przeszłość, zrozumieć niektóre decyzje i dostrzec emocje, których nie zawsze chcą pokazywać innym. Dzięki temu stają się autentyczni, jak ludzie z krwi i kości, z własnymi problemami, radościami i słabościami. Łatwo ich polubić, a nawet odnaleźć w nich cząstkę siebie. Z czasem stają się nam bliscy, a ich losy przestają być obojętne.


Ta historia uświadamia nam również, jak łatwo przychodzi ocenianie innych, choć tak naprawdę niewiele o nich wiemy. Czasem wystarczy jedno zachowanie czy kilka słów, żeby wyciągnąć pochopne wnioski, nie znając wszystkich faktów. A przecież osoby, których początkowo nie doceniamy, mogą okazać się naszymi największymi sprzymierzeńcami.


Poza nimi w książce pojawia się jeszcze kilku bohaterów, którzy skradli moje serce. Ale pozwolę Wam poznać ich samodzielnie. Muszę Wam tylko powiedzieć, że potrafią naprawdę zaskoczyć!


Na uwagę zasługuje również styl pisania Aldony Kucner. Autorka pisze lekko i swobodnie, dzięki czemu książkę czyta się naprawdę szybko i z ogromną przyjemnością. Dialogi są naturalne, niewymuszone i świetnie dynamizują akcję. Rozmowy płyną swobodnie, nie ma w nich zbędnego przeciągania, a całość sprawia, że przez kolejne strony dosłownie się płynie.


A sama zagadka kryminalna? Została skonstruowana po mistrzowsku! Naprawdę trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z debiutem. Wszystko zostało tak umiejętnie poprowadzone, że ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że czytam pierwszą książkę autorki.


Co chwilę pojawiały się kolejne tropy, a ja dawałam się skutecznie wodzić za nos. Kiedy już wydawało mi się, że znam rozwiązanie zagadki, wychodziło na jaw coś, co ponownie budziło moje wątpliwości. Zaczynałam zastanawiać się, czy przypadkiem nie przeoczyłam jakiegoś drobnego, ale niezwykle istotnego szczegółu.


I właśnie takie kryminały lubię! Kiedy nie wszystko jest oczywiste, a nowe informacje sprawiają, że musimy jeszcze raz przyjrzeć się temu, co już wiemy.


A zakończenie? No, powiem Wam, że naprawdę mnie zaskoczyło i wprawiło w osłupienie! Nie tylko sam finał zrobił na mnie ogromne wrażenie, ale również sposób, w jaki wszystkie wątki zostały połączone w jedną, spójną całość. Uwielbiam ten moment, gdy poszczególne elementy układanki wreszcie trafiają na swoje miejsce, a ja uświadamiam sobie, jak bardzo pozory potrafią mylić.


Jest jednak jeszcze coś, co szczególnie mnie poruszyło. Może dlatego, że sama jestem mamą i widzę, jak ogromny wpływ na moje dzieci mogą mieć treści oglądane w internecie. Choć bardzo dbamy o to, co widzą i słyszą, podczas czytania uświadomiłam sobie, że chyba zbyt rzadko rozmawiam z nimi o tym, że nie wszystko, co pokazują nam inni, jest prawdą.


Często widzimy jedynie niewielki fragment czyjegoś życia, starannie wybrany i przedstawiony tak, jak dana osoba chce być postrzegana. Nie dostrzegamy problemów, smutku, samotności ani tego, co dzieje się po wyłączeniu kamery.


W powieści poruszono również niezwykle ważny problem hejtu i jego konsekwencji. Widzimy, jak łatwo można manipulować młodym człowiekiem i jak niebezpieczna potrafi być technologia, kiedy trafia w ręce ludzi, dla których liczą się przede wszystkim pieniądze, a być może również poczucie władzy nad innymi.


Pojawia się także krótki wątek osób, które przybyły z Ukrainy. Choć nie zajmuje wiele miejsca, zwraca uwagę na to, jak niewiele czasem potrzeba, żeby wzbudzić w ludziach niechęć do drugiego człowieka. Jak łatwo można wykorzystać emocje, uprzedzenia i niepełne informacje, by nastawić jednych przeciwko drugim.


I właśnie za to również cenię tę powieść. Bo pod płaszczykiem kryminalnej zagadki kryją się tematy, obok których trudno przejść obojętnie. Przypominają nam, że za każdym ekranem, profilem i komentarzem stoi prawdziwy człowiek. Ktoś, kto ma swoje uczucia, problemy i granice wytrzymałości. A nasze słowa, decyzje i działania mogą mieć znacznie większe konsekwencje, niż nam się wydaje.


„W zasięgu śmierci” to dla mnie coś więcej niż tylko historia o poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, kto stoi za śmiercią młodego chłopaka. To również opowieść o relacjach, samotności, zaufaniu, manipulacji i o tym, jak trudno czasem dostrzec prawdę ukrytą za pozorami.


Polecam wszystkim tę książkę, bo choć jest to kryminał, najważniejsze są w nim emocje, a przede wszystkim ludzie. Zarówno ci, którzy próbują rozwiązać zagadkę, jak i ci, których już nie ma, oraz ci, którzy zostali i opłakują swoich bliskich.


Bo przecież za każdą tragedią kryje się czyjaś historia, ból i tęsknota. Jest też ogromna potrzeba poznania prawdy i nadzieja, że sprawiedliwość przyniesie rodzinom choć odrobinę ukojenia. Nie cofnie tego, co się wydarzyło, nie przywróci im bliskich, ale może pozwoli zrozumieć, dlaczego musieli odejść.


I właśnie te emocje, obok świetnie skonstruowanej zagadki kryminalnej, sprawiają, że ta historia na długo pozostanie w mojej pamięci. ❤️

Już teraz z niecierpliwością czekam na kolejną część i dalsze losy bohaterów. Tak bardzo zżyłam się z niektórymi z nich, że chciałabym wiedzieć, co jeszcze ich czeka, jakie tajemnice przyjdzie im odkryć i jak potoczy się ich życie. Jedno jest pewne — będę wypatrywać kolejnego spotkania z nimi! ❤️


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Dolnośląskim.









poniedziałek, 5 października 2026

📚 „Reksio w mieście” – Maria Szarf




Reksia chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. 😊 Tym razem razem z Azorem wybiera się do miasta, a dla małych czytelników jest to okazja, żeby razem z nimi zajrzeć w wiele różnych miejsc i przy okazji dowiedzieć się, jak wygląda miejska codzienność.


Podczas wycieczki odwiedzamy między innymi rynek, plac budowy, centrum handlowe, kino, park, basen czy wesołe miasteczko. Na każdej stronie dzieje się sporo, ale książka nie przytłacza. Krótkie fragmenty tekstu przeplatają się z kolorowymi ilustracjami, ciekawostkami i prostymi zadaniami, dzięki którym dziecko może aktywnie uczestniczyć w czytaniu.


U nas największym hitem okazały się jednak otwierane okienka. ❤️ I nie tylko dlatego, że dzieci zwyczajnie uwielbiają sprawdzać, co się pod nimi kryje. U nas stały się też świetną motywacją do czytania. Kolejny fragment tekstu oznaczał, że za chwilę można będzie otworzyć następne okienko, więc dużo łatwiej było zachęcić do przeczytania jeszcze kawałeczka. Niby drobiazg, a naprawdę potrafił zrobić różnicę.


Bardzo podoba mi się też to, że książka przemyca sporo wiedzy zupełnie przy okazji. Dziecko dowiaduje się między innymi, do czego służą znaki, jak zachować się w różnych miejscach czy co możemy spotkać podczas spaceru po mieście. Są też zadania na spostrzegawczość, liczenie i wyszukiwanie elementów na ilustracjach.


To jedna z tych książek, których nie trzeba czytać od początku do końca za jednym razem. Można zatrzymać się na jednej rozkładówce, pooglądać ją dokładnie, porozmawiać o tym, co widzimy, wykonać zadanie i oczywiście zajrzeć pod okienka. Dzięki temu wspólne czytanie zmienia się trochę w zabawę, a właśnie takie książki u nas sprawdzają się najlepiej.


Jeśli Wasze dzieci lubią Reksia, wyszukiwanie szczegółów i książki, w których można robić coś więcej niż tylko przewracać strony, „Reksio w mieście” zdecydowanie warto poznać. 🐶🏙️


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Publicat.📚

Recenzja: „Rubikon” – Tomasz Kieres


 

Myślałam, że sięgam po kryminał z krwi i kości. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że „Rubikon” to książka, która nie tylko wciąga w kryminalną zagadkę, ale też porusza i zmusza do zastanowienia się nad tym, czym właściwie jest sprawiedliwość. Pokazuje, jakie konsekwencje niesie za sobą sytuacja, w której system zawodzi. Uzmysławia też cierpienie tych, którzy zostają — ludzi, którzy muszą zmierzyć się ze stratą bliskiej osoby, a przy tym patrzeć, jak ktoś odpowiedzialny za jej krzywdę nadal żyje tak, jakby nic się nie stało.

Komisarz Bianka Kołodziejczyk trafia do starej warszawskiej kamienicy, gdzie w jednym z mieszkań znaleziono ogromną ilość krwi. Wszystko wskazuje na to, że wydarzyło się tam coś bardzo złego. Jest tylko jeden problem — nie ma ciała. Wkrótce okazuje się, że Stanisław Mirecki zniknął, a jego przeszłość skrywa więcej niż jedną tajemnicę.

Bianka nie potrafi odpuścić tej sprawy. Zaczyna wracać do wydarzeń sprzed lat, szukać ludzi związanych z Mireckim i odkrywać kolejne fragmenty jego historii. Niedługo później policja trafia na kolejne mieszkanie pełne krwi i ponownie nie znajduje w nim ciał. Tym razem znikają dwaj mężczyźni, których łączy wieloletnia znajomość. Coraz więcej wskazuje na to, że te wydarzenia mogą nie być przypadkowe.

Pomiędzy rozdziałami pojawiają się również fragmenty z przeszłości oraz perspektywa tajemniczej osoby, której rola długo pozostaje niejasna. Bianka próbuje połączyć pozornie niepasujące do siebie elementy i odkryć, co tak naprawdę łączy zaginionych.

Bianka wywodzi się z domu, któremu daleko było do ideału. Kilkakrotnie poznała smak straty, ale zamiast ją złamać, kolejne doświadczenia stały się jej siłą napędową. Została policjantką — może nie zawsze kryształową, ale nigdy nie przekroczyła granicy, zza której nie ma już powrotu. Praca stała się całym jej światem. Miała świetną intuicję i jak mało kto potrafiła dostrzec związki tam, gdzie inni widzieli jedynie przypadek. Samotna, przyzwyczajona do tego, że może liczyć przede wszystkim na siebie, nie bała się drążyć tam, gdzie inni dawno by odpuścili. Jej upór, spostrzegawczość i potrzeba dotarcia do prawdy sprawiały, że nie zadowalała się najprostszymi odpowiedziami.

Kiedy widziała, że ofiary zamiast doczekać się sprawiedliwości, kolejny raz przegrywają, nie traciła zapału. Wręcz przeciwnie — jeszcze mocniej rzucała się w wir pracy. Jedna ze spraw sprawiła jednak, że na jej drodze pojawił się Łukasz. I wtedy pragnienie, choć na chwilę, wzięło górę nad rozsądkiem...

Łukasz to kolejny ważny bohater tej historii. To agent nieruchomości, z którym liczą się najwięksi deweloperzy, a jednocześnie człowiek pełen sprzeczności. Kocha swoją córkę Martę i zrobiłby dla niej wszystko. Uwielbia przyrodę i boli go, jak wiele jej znika pod kolejnymi inwestycjami, co może zaskakiwać, biorąc pod uwagę jego zawód. Ma też ogromne serce do zwierząt — ratuje psy, które niejednokrotnie przeszły prawdziwe piekło z ludzkiej ręki.

Jest rozwodnikiem i dobrze wie, że jedno kłamstwo potrafi zniszczyć całe życie. Przepełniony bólem, zamknięty na ludzi i skrywający wiele tajemnic, pewnego dnia trafia na Biankę. A może to właśnie ona trafia na niego.

Marta, córka Łukasza, jest równie silna i odważna. Szybko odnajduje się w nowych sytuacjach, a jeśli już się czegoś podejmuje, angażuje się w to całą sobą. Kiedy postanawia, że chce pomagać zwierzętom i prowadzić własną fundację, ojciec wspiera jej marzenie, ale jednocześnie chce, żeby najpierw przekonała się, z czym taka praca naprawdę się wiąże.

Dziewczyna zaczyna więc działać w organizacjach prozwierzęcych i poznaje wszystko od podstaw. Kończy weterynarię, zdobywa doświadczenie, a dzięki własnej determinacji i wsparciu Łukasza krok po kroku osiąga swój cel. Jednak również ona nie jest całkowicie otwartą księgą. Marta także skrywa tajemnicę...

Czy Łukasz zagości w życiu Bianki na dłużej? Czy skrywane przez bohaterów sekrety w końcu wyjdą na światło dzienne? I czy Biance uda się rozwikłać zagadkę krwawych plam, które wskazują na zbrodnię, choć wciąż brakuje ciał?

Muszę Wam się przyznać, że rozgościłam się w tej powieści na dobre. Smakowałam ją powoli, żeby nie umknęło mi nic ważnego. Chciałam poznać bohaterów, ale przede wszystkim ich historie. Zrozumieć motywy mordercy, ale też tych, którzy stali się jego ofiarami, choć ich własna przeszłość daleka była od niewinnej. Jeszcze bardziej chciałam zrozumieć emocje ludzi, którzy zostali skrzywdzeni podwójnie — najpierw przez sprawców, a później przez system i tych, którzy potrafili go obejść dzięki znajomościom, pieniądzom czy swojej pozycji społecznej. To wszystko poruszyło mnie do żywego.

I muszę Wam powiedzieć, że w pewnym momencie złapałam się na tym, że miałam nadzieję, iż ta sprawa nie zostanie rozwiązana. Autor bardzo dobrze pokazuje, że nie wszystko jest czarno-białe, a kara... no cóż, czasem człowiek zaczyna myśleć, że niektórym po prostu się należy. I chyba właśnie ta myśl przeraziła mnie najbardziej. Bo co stanie się ze światem, jeśli ludzie zaczną brać sprawiedliwość we własne ręce?

Bałam się końca tej książki, a jednocześnie bardzo chciałam wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów, dokąd zaprowadzą ich uczucia i czy morderca zostanie złapany.

Autor pisze lekko, nawet kiedy porusza naprawdę trudne tematy. Napięcie buduje już od pierwszych stron i z łatwością je podsyca, co jakiś czas podrzucając kolejne poszlaki. Jednak dla mnie najważniejsze jest to, że za całą kryminalną zagadką pokazuje przede wszystkim ludzi — ich obawy, strach przed kolejnym zranieniem, samotność i ból.

I nie byłabym sobą, gdybym nie zdradziła Wam, że poza samą zagadką kryminalną znajdziecie tutaj znacznie więcej. Autor pokazuje przemoc wobec tych, którzy sami nie potrafią się obronić — zwierząt — i do czego takie okrucieństwo może prowadzić. Porusza temat przemocy domowej i tego, co czują dzieci dorastające w takich domach. Pokazuje brak uczuć i bliskości w relacji z własnym dzieckiem, depresję oraz to, dokąd może doprowadzić człowieka, gdy zostaje ze swoim cierpieniem sam.

Pojawia się również temat przemocy seksualnej, prześladowania i konsekwencji, jakie może ono nieść. Autor porusza także problem narkotyków — nie tylko ich zażywania, ale przede wszystkim wykorzystywania ich do krzywdzenia innych, podawania bez ich wiedzy i zgody po to, by odebrać im możliwość decydowania o sobie.

Wchodzimy też w świat przestępczy, w którym handel narkotykami, porachunki, kradzieże i walka o wpływy są codziennością, a ludzie, którzy stają na drodze bossa, próbują go okraść albo wejść na jego teren, mogą po prostu zniknąć. Autor dotyka też tematu samobójstwa i pytania, które chyba boli najbardziej — co dzieje się z tymi, którzy zostają? Jak żyć dalej, kiedy bliskiej osoby już nie ma, a pozostaje ogrom pytań, żalu i poczucia winy?

Ale żeby nie było aż tak mrocznie, autor wprowadza również wątek miłości — tej rodzicielskiej, bezwarunkowej, ale też tej z wyboru, która pojawia się czasem zupełnie niespodziewanie, kiedy ktoś staje na naszej drodze. Wszystko to układa w spójną, pełną napięcia historię, która wciąga czytelnika w swój świat i sprawia, że mimo ciężaru poruszanych tematów chce się zostać z bohaterami jeszcze trochę dłużej.

„Rubikon” to przede wszystkim opowieść o walce z samym sobą i o tej cienkiej granicy, po której przekroczeniu nie ma już powrotu. O decyzjach, które zmieniają człowieka na zawsze, i o tym, że czasem największe konsekwencje nie rozgrywają się na zewnątrz, ale właśnie w nas. Kiedy przekroczymy własny Rubikon, nie zawsze da się wrócić do tego, kim byliśmy wcześniej.

A zakończenie, jakie przygotował dla nas autor, naprawdę potrafi zaskoczyć. I powiem Wam, że wywołało we mnie bardzo sprzeczne uczucia. Z jednej strony czułam, że właśnie tak ta historia powinna się skończyć, z drugiej — długo nie potrafiłam przestać o nim myśleć. Bo „Rubikon” zostawia czytelnika nie tylko z odpowiedziami, ale też z pytaniami o granice sprawiedliwości, winy i kary.

Rzadko zdarza się, żeby książka tak mocno na mnie wpłynęła i została ze mną jeszcze długo po zamknięciu ostatniej strony. „Rubikon” zdecydowanie do takich historii należy. I muszę Wam przyznać, że wcale nie miałam ochoty żegnać się z bohaterami. Jestem ogromnie ciekawa, jak potoczą się ich dalsze losy i dokąd jeszcze zaprowadzą ich decyzje, emocje oraz granice, które być może przyjdzie im przekroczyć.

I jeszcze jedno — podczas czytania kilka razy łapałam się na myśli, że „Rubikon” aż prosi się o ekranizację. Wielowątkowa fabuła, wyraziści bohaterowie, napięcie, tajemnice i moralne dylematy spokojnie mogłyby złożyć się na naprawdę dobry serial kryminalny. Taki, który nie kończy się na samej zagadce, ale pozwala widzowi wejść głębiej w emocje bohaterów i ich historie.

Polecam Wam tę powieść z czystym sumieniem. To zdecydowanie nie jest przeciętny kryminał, który po prostu się czyta i odkłada na półkę. „Rubikon” zostawia po sobie emocje, pytania i ten lekki niepokój, który jeszcze długo krąży gdzieś z tyłu głowy. To historia o winie, karze, sprawiedliwości, bólu, miłości i granicach, które czasem przekraczamy, nawet nie zdając sobie sprawy, że właśnie zmieniamy siebie na zawsze. Jeśli lubicie książki, które poza zagadką kryminalną mają też drugie, znacznie głębsze dno — zdecydowanie jest to książka dla Was.

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Flow.

piątek, 2 października 2026

„Dowody zdrady” – Tomasz Nowicki


 

Są książki, po których spodziewamy się jednego, a dostajemy zupełnie coś innego. I dokładnie tak było tutaj.


Sięgając po tę pozycję, byłam przekonana, że przede wszystkim przeczytam o zdradach, śledzeniu niewiernych partnerów i sytuacjach rodem z filmów: obserwacja, zdjęcia, dowody, konfrontacja i koniec sprawy. Tymczasem dostałam możliwość zajrzenia za kulisy pracy prywatnego detektywa i zobaczenia jej z zupełnie innej strony.


Bo ta praca wcale nie polega tylko na siedzeniu w samochodzie z aparatem i czekaniu, aż ktoś zrobi coś, czego robić nie powinien.


To godziny obserwacji. Czasem bardzo długie i bardzo nudne. To analiza drobiazgów, które dla zwykłego człowieka nie mają żadnego znaczenia. Zmiana codziennych przyzwyczajeń, sposób zachowania, trasa, po której ktoś się porusza, jedno spotkanie, telefon, spojrzenie czy sytuacja, która dopiero po połączeniu z innymi elementami zaczyna tworzyć większą całość.


Ale przede wszystkim — to ludzie i ich emocje.


I chyba właśnie ten element zainteresował mnie najbardziej.


Zdrada jest bolesna. Podejrzenie zdrady również. Kiedy w głowie człowieka pojawia się myśl, że partner może prowadzić podwójne życie, nagle wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie. Późniejszy powrót do domu, telefon odłożony ekranem do dołu, inny ton głosu, wyjście, którego wcześniej nie było. Człowiek zaczyna składać własną układankę i czasami jest już tak przekonany do swojej wersji wydarzeń, że przestaje dopuszczać możliwość, iż prawda może wyglądać zupełnie inaczej.


I właśnie jedna z przedstawionych historii zrobiła na mnie szczególne wrażenie. Bo pokazuje, że detektyw nie jest od potwierdzania podejrzeń klienta. Jest od ustalenia faktów.


Czasami osoba obserwowana okazuje się niewinna.


A czasami problem znajduje się zupełnie gdzie indziej.


I wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.


Bardzo podobało mi się, że autor nie próbuje za wszelką cenę tworzyć sensacji. Pokazuje również sytuacje, w których wcześniejsze założenia okazują się błędne, a nawet takie, kiedy osoba zlecająca obserwację nie mówi całej prawdy. To świetnie pokazuje, jak cienka potrafi być granica pomiędzy podejrzeniem, przekonaniem a rzeczywistością.


Bo można obserwować drugiego człowieka przez kilka czy kilkanaście dni, zebrać ogrom materiału i dojść do wniosku, że… zarzuty były bezpodstawne.


I co wtedy?


Dla mnie właśnie tutaj książka przestaje być tylko ciekawostką o pracy detektywa, a zaczyna mówić o czymś znacznie większym — o odpowiedzialności za prawdę.


Prawda nie zawsze jest taka, jakiej oczekuje klient. Czasem boli, czasem przynosi ulgę, a czasem stawia człowieka w sytuacji, której kompletnie się nie spodziewał.


Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również forma tej książki. Oprócz opisów spraw znajdują się tutaj materiały przypominające prawdziwą dokumentację operacyjną: raporty, fotografie, zestawienia, analizy, materiały z obserwacji czy elementy związane z OSINT-em. Dzięki temu miałam momentami wrażenie, jakbym nie czytała książki, tylko zaglądała komuś przez ramię podczas prowadzenia prawdziwej sprawy.


I powiem Wam — to działa na wyobraźnię.


Kiedy widzimy godziny, miejsca, kolejne etapy obserwacji i dokumentację, zaczynamy rozumieć, ile pracy może kryć się za jednym końcowym zdaniem: „potwierdzono” albo „nie potwierdzono”.


Szczególnie ciekawa była dla mnie część dotycząca tego, ile informacji zostawiamy po sobie w internecie. Zdjęcia, profile społecznościowe, stare konta, pseudonimy, fragmenty danych — coś, o czym sami dawno zapomnieliśmy, może nadal gdzieś istnieć. Dopiero kiedy widzi się proces łączenia tych pojedynczych elementów, człowiek zaczyna się zastanawiać, jak ogromny cyfrowy ślad zostawiamy za sobą każdego dnia.


Przyznam, że momentami robiło to na mnie większe wrażenie niż sama obserwacja terenowa.


Są tutaj również bardziej techniczne fragmenty. Niektóre czytałam wolniej, bo pojawia się sporo informacji dotyczących procedur, narzędzi, dokumentacji czy prawnych granic działania. Nie jest to jednak przypadkowe zapychanie stron. Dzięki temu książka pokazuje, że prywatny detektyw nie może robić wszystkiego, na co ma ochotę, a praca ta jest ograniczona przepisami, zasadami etyki i odpowiedzialnością za drugiego człowieka.


I dobrze, że zostało to pokazane.


Bo łatwo wyobrażać sobie detektywa jako kogoś, kto śledzi, fotografuje i zdobywa informacje wszelkimi możliwymi sposobami. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że równie ważne jak znalezienie odpowiedzi jest to, w jaki sposób się do niej dochodzi.


Najbardziej zostały jednak ze mną fragmenty bardziej osobiste.


Te, w których autor opowiada o emocjach, intuicji, doświadczeniu i o tym, jak obserwowanie ludzi z czasem uczy zauważać rzeczy, których większość z nas nawet nie rejestruje. Drobne gesty. Zmianę zachowania. Napięcie. Nerwowość. Sposób, w jaki ktoś reaguje w określonej sytuacji.


Ale jednocześnie bardzo mocno wybrzmiewa tutaj jedna rzecz: intuicja może być sygnałem, nigdy dowodem.


I to akurat bardzo mi się spodobało.


Bo można coś czuć. Można mieć podejrzenia. Można nawet być niemal pewnym. Ale dopiero fakty pozwalają powiedzieć, co naprawdę się wydarzyło.


Podoba mi się też sposób, w jaki autor pisze o samych ludziach. Bez robienia z każdego obserwowanego człowieka „winnego”. Bez prostego podziału na dobrych i złych. Za każdą sprawą stoi przecież czyjeś życie, małżeństwo, rodzina, strach, zazdrość czy rozczarowanie. Jedna informacja może zmienić czyjeś życie w kilka sekund.


I detektyw doskonale o tym wie.


Dlatego ta książka nie jest dla mnie historią o łapaniu ludzi na zdradzie.


To przede wszystkim książka o szukaniu prawdy.


Czasem niewygodnej. Czasem zupełnie innej niż ta, którą ktoś wcześniej ułożył sobie w głowie. A czasem takiej, która paradoksalnie przynosi ogromną ulgę.


Po przeczytaniu tej książki mam też zupełnie inne spojrzenie na zawód prywatnego detektywa. Jest w nim znacznie mniej filmowego blichtru, a znacznie więcej cierpliwości, czekania, analizowania, dokumentowania i odpowiedzialności, niż mogłoby się wydawać.


I chyba właśnie dlatego czytałam ją z taką ciekawością.


Bo tutaj zaglądamy do świata, którego na co dzień nie widzimy. Do samochodów stojących godzinami na parkingach. Do raportów tworzonych późnym wieczorem. Do setek fotografii, z których być może tylko jedna okaże się istotna. Do rozmów z ludźmi, którzy chcieliby usłyszeć określoną odpowiedź, choć prawda wcale nie musi jej potwierdzić.


A na końcu zostaje jeszcze jedna myśl.


Jak dobrze naprawdę znamy człowieka, z którym dzielimy życie?


I chyba właśnie dlatego po zamknięciu tej książki jeszcze długo o niej myślałam. Bo możemy potraktować ją jako ciekawą opowieść o pracy prywatnego detektywa. Możemy zachwycić się techniczną stroną obserwacji i analizą informacji. Ale gdzieś pod tym wszystkim cały czas pozostają ludzie — ze swoimi sekretami, lękami, błędami i potrzebą poznania prawdy.


A prawda, jak wiadomo, czasami potrafi zaskoczyć bardziej niż najlepsza fikcja. 


Współpraca recenzencka z  Tomaszem Nowickim.