📚 Recenzja: „W dobrej wierze” – Katarzyna Kostołowska


 W naszym domu są psy i koty — kochane, wytulone i zawsze najedzone. Kiedy przeczytałam opis „W dobrej wierze” Katarzyny Kostołowskiej, zapragnęłam poznać losy innych zwierząt i ludzi. Miałam jednak też pewne obawy: czy ta historia mi się spodoba? Czy trafi w mój gust czytelniczy? Ja już znam odpowiedź. A Ty, Czytelniku?


Marta, zmarznięta, siedzi w krzakach i obserwuje posiadłość. Przyjechała sprawdzić, w jakich warunkach żyje pies i czy rzeczywiście ktoś się nad nim znęca. Kiedy właściciel znika w domu, przeskakuje przez ogrodzenie i podchodzi do budy. Oświetla jej wnętrze latarką i zamiera. Autorka urywa scenę dokładnie w tym momencie, zostawiając czytelnika z pytaniem: co zobaczyła Marta?


Następnie poznajemy Justynę — adwokatkę, która uwielbia swoją pracę. Kobieta jest po czwartej próbie in vitro. Za sobą ma już dwa poronienia i dwie nieudane próby. Kolejne niepowodzenie mocno ją przytłacza. Unika rozmowy z ukochanym, a pod pretekstem rozpraw wyłącza telefon. Coraz bardziej można odnieść wrażenie, że to Borys pragnie dziecka znacznie bardziej niż ona.


Kiedy wraca do kancelarii prowadzonej wspólnie z Natalią, zastaje tam Martę, którą wcześniej broniły w sprawie naruszenia miru domowego i bezprawnego przejęcia psa. Natalia od pewnego czasu angażuje się także w pomoc fundacji prozwierzęcej. Choć wcześniej zajmowała się głównie prawem cywilnym i handlowym, coraz mocniej wciąga ją działalność na rzecz zwierząt.


Po powrocie do domu Justyna kłóci się z Borysem, a później unika dalszej rozmowy. Mąż czuje, że coś się dzieje, ale nie jest pewien, co naprawdę siedzi w głowie Justyny. Czy kobieta rzeczywiście chce dziecka? A może dąży do tego celu głównie dla niego? I jak to wszystko wpłynie na ich małżeństwo?


Autorka ma bardzo lekkie pióro. Książkę czyta się lekko, szybko i z ogromną przyjemnością, a ja aż się zdziwiłam, że to już koniec.


Fabuła bardzo mi się podobała. Autorka łączyła kilka różnych wątków w całość i pomimo że w książce dzieje się wiele, czytelnik nie gubi się w akcji, za to z łatwością zatraca się w samej historii. Smutno mi było, kiedy przewróciłam ostatnią stronę.


Bohaterowie mają swoje przyziemne problemy i zmartwienia, każdy inne. Odczuwają strach przed porzuceniem, jak każdy z nas. Chyba przez to tak bardzo się z nimi zżyłam i polubiłam, włącznie z Kubą, który ma mroczne oblicze i brakuje mu sporo do wzorowego obywatela. Jest jednak w nim coś, co pozwala go lubić i zrozumieć, bo przecież życie nigdy nie jest czarno-białe.


Justyna to przebojowa pani prawnik. Lubi występować na sali sądowej, a jeszcze bardziej przed kamerą. Daje się wciągnąć Natalii w akcję w pseudohodowli, która zmienia całe jej dotychczasowe życie. Przestaje też negować pomoc Natalii dla fundacji. Dojrzewa również do decyzji, czy chce mieć dziecko, czy nie.


Jej mąż Borys jest przystojnym profesorem, który kocha ją nad życie, ale bardzo pragnie dziecka. Wspiera żonę w działaniach na rzecz zwierząt.


Natalia, zakochana w przystojnym mężczyźnie, coraz więcej czasu poświęca na dawanie głosu braciom mniejszym. Pokonuje lęk przed wystąpieniami w sądzie, a w jej życiu pojawia się… a tego Wam nie zdradzę. Powiem tylko, że jej miłość nie ma granic…


Jakub trafia do mecenas Justyny. Kiedyś związany z „Robakiem”, przychodzi do niej w sprawie zniszczenia mienia — jakiego? To musicie odkryć sami. Zdradzę Wam za to, że za karę dostaje pracę społeczną w fundacji Serce na Czterech Łapach. Tam poznaje Aresa… Czy to miejsce jest w stanie go odmienić? A to już moja słodka tajemnica…


Ares to pies po przejściach. Pobity, skrzywdzony przez człowieka — jego żebra i nie tylko były wielokrotnie łamane. Czy uda się go poskładać na nowo? Czy znajdzie swojego człowieka? A osoba, która go skrzywdziła, poniesie karę? Tego też musicie dowiedzieć się sami.


Bardzo podobało mi się, że pisarka poruszyła temat pseudohodowli i pokazała, jak wygląda to od środka. Zwróciła też uwagę na to, jak ciężko odbudować więź psa z człowiekiem po traumie, której doświadczyło zwierzę.


Autorce udało się wzbudzić we mnie cały wachlarz emocji — od smutku, przez strach, ale również potrafiła mnie rozbawić i rozczulić. Zdarzyło mi się nawet uronić kilka łez. Bardzo przeżywałam rozterki Justyny, to, czego tak naprawdę chce i co da jej szczęście. Udzielił mi się również jej strach przed powiedzeniem mężowi prawdy o chęci posiadania potomstwa.


Trzymałam za nią kciuki, jak i za Aresa. Tak bardzo chciałam, aby w końcu poczuł to, co moje zwierzęta — bezgraniczną miłość i bezpieczeństwo.


Samo zakończenie mnie zaskoczyło. A książka jest z tych, które zostają na długo w głowie, ale i w sercu.


I odpowiem na pytanie, które postawiłam na samym początku recenzji. Jak się domyślacie, książka trafiła w mój gust czytelniczy.

Polecam Wam tę historię. Na pewno każdy znajdzie w niej coś dla siebie, bo książka porusza wiele emocji i problemów. Pokazuje, jak strach może podciąć nam skrzydła i jak bardzo potrafi nas obciążać. A prawda — nawet ta, która może zranić bliską nam osobę — potrafi uwolnić i sprawić, że w końcu poczujemy się wolni.


Ja chciałam więcej. Więcej tej historii, więcej tych bohaterów i zdecydowanie więcej Aresa. 


Współpraca barterowa 

Brak komentarzy:

Copyright © 2016 po drugiej stronie książki-recenzje , Blogger