„Dziadek naszego kota”- Regina Golińska-Barancewicz

 



Dziesięcioletni Krzysiek wprowadza nas do swojego świata. Opowiada o swojej wakacyjnej wolności, nudnych i całkiem zwyczajnych wakacjach, o siostrze, mamie oraz babci od zadań specjalnych, która potrafiła właściwie wszystko.


Potem przychodzi czas na dziadka, który był leśnikiem. Kochał rośliny, zwierzęta, książki i morze, no i oczywiście swoje wnuki. Był poczciwym człowiekiem.


Na samym końcu poznajemy kota Diego — nie byle jakiego kota: rasowego, puchatego i skutecznie ignorującego wszystkich. Każdy nazywał futrzaka inaczej, gdy ten pojawił się w życiu babci i dziadka. Babunia się nim zajmowała, dziadek natomiast go ignorował, bo kto to słyszał, żeby tłumić kocią naturę.


Wszystko zmieniło się, gdy babcia wyruszyła rozpieszczać swoje wnuki już nie na odległość, a dziadek — pomimo obaw reszty rodziny — został sam z kotem.


Gdy zostali przyjaciółmi, stworzyli własne rytuały — zarówno w dzień, jak i w nocy. Nagle okazało się, że kot je w nocy, nie lubi sąsiada, a jedzenie musi być przygotowywane na jego oczach. To jednak tylko kilka z dziwactw tego sierściucha.


I tu zaczyna się nasza akcja, gdy babcia dzwoni z propozycją — dziadkowie mają jechać nad morze i trzeba zająć się kotem. Mama od razu zgadza się przyjąć Diego do siebie, ale szybko okazuje się, że nie będzie to takie proste.


Kot nie lubi jeździć samochodem, musi mieć balkon, bo tylko tam je śniadanie, potrzebuje też szafy, żeby odreagować nieprzyjemności, oraz pościelonego łóżka. Ale to jeszcze nie wszystko! Kota trzeba położyć na zaścielonym kawałku, a rano posłanie sprzątnąć, bo Diego nie lubi spać na czymś, co leży przygotowane przez całą dobę.


Mama słuchała tych wszystkich instrukcji i nie dowierzała.


Rodzicielka bierze więc urlop i razem z Krzysiem oraz Ulą rusza na przygodę ich życia — z kotem i jego 15-stronicową instrukcją obsługi, przygotowaną specjalnie przez dziadka.


Więcej Wam z fabuły nie zdradzę, choć kusi mnie niezmiernie.


Muszę Wam powiedzieć, że dawno mnie nic tak nie ubawiło. Śmialiśmy się do łez całą trójką. Książka jest po prostu nieziemska! Autorka napisała prawdziwą komedię i sama nie wiem, kto śmiał się głośniej — ja czy dzieci. Podczas czytania musiałam robić przerwy, bo dzieciaki przez śmiech nie rozumiały, co czytam.


Muszę zostawić kilka słów o dziadku, który jako pierwszy, dzięki obserwacji, zrozumiał, czego tak naprawdę potrzebuje kot — a mianowicie służby i spełniania jego zachcianek. Co lepsze, dziadek poszedł w tym prawie na całego.


Mama Krzysia początkowo mocno walczyła z „zasadami i potrzebami kota”, ale w końcu zrozumiała, że donikąd jej to nie doprowadzi. Była tylko niewyspana, zmęczona i znerwicowana, więc dostosowała się do kota. A nawet poszła o krok dalej — przy niej dziadek to pikuś!


Diego to niezależny terrorysta z zasadami, który potrafi wychowywać ludzi jak nikt inny. Ale jak to robi? To już musicie sprawdzić sami — i znowu się śmieję, kiedy o tym myślę.


Krzysiek opowiada nam całą historię i przejmuje się nawet wtedy, gdy mama nie chce spełniać zachcianek kota. Ula, najmłodsza w rodzinie, przez Diego nie może oglądać „Świnki Peppy”, a mimo to dalej go uwielbia. Babcia… no cóż. Mieszka w domu opanowanym przez kota. Współczuję jej serdecznie. Dlaczego? Tego też musicie dowiedzieć się sami.


O poszczególnych bohaterach już trochę Wam powiedziałam, ale muszę jeszcze dodać, że są bardzo realistyczni. Dzieci, które odpoczywają od szkoły, mama zakładająca blokadę rodzicielską i dziadkowie rozpieszczający swoje wnuki — kto z nas tego nie zna?


Pisarka zastosowała narrację pierwszoosobową, prowadzoną na zmianę przez Krzysia i kota. I muszę Wam się przyznać, że najbardziej czekałam właśnie na fragmenty opowiadane z perspektywy kota.


Regina Golińska-Barancewicz użyła ciekawego, ale jednocześnie zrozumiałego słownictwa i dodała do historii dużą dawkę humoru. Dzięki temu książka skończyła nam się zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli.


Tak się rozbawiłam, że zapomniałabym powiedzieć, że bardzo podobały nam się również ilustracje Huberta Grajczaka. Doskonale uzupełniają tekst i świetnie pasują do charakteru całej historii.


Pisarka stworzyła niesamowitą historię. W niektórych momentach w Diego widziałam swoje koty, ale teraz chyba zaczynam je bardziej doceniać. Miauczenie pod drzwiami, żeby mogły wejść i spać, już nie wydaje mi się takie straszne. I tu znowu śmieję się sama do siebie, a Basia pyta, czy czytam już drugą część — o której marzymy wszyscy.


A nasza babcia już wie, że czeka na nią książka do przeczytania.


Polecam wszystkim tę pełną humoru i ciepła historię, opowiadającą o niezwykłej relacji człowieka i kota — nie tylko dzieciom, ale również dorosłym. Każdemu z nas potrzeba czasem odpowiedniej dawki śmiechu, nieważne, czy macie w domu takiego tygrysa, czy nie.

Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy recenzenckiej. ❤️

Brak komentarzy:

Copyright © 2016 po drugiej stronie książki-recenzje , Blogger