„Dowody zdrady” – Tomasz Nowicki

„Dowody zdrady” – Tomasz Nowicki


 

Są książki, po których spodziewamy się jednego, a dostajemy zupełnie coś innego. I dokładnie tak było tutaj.


Sięgając po tę pozycję, byłam przekonana, że przede wszystkim przeczytam o zdradach, śledzeniu niewiernych partnerów i sytuacjach rodem z filmów: obserwacja, zdjęcia, dowody, konfrontacja i koniec sprawy. Tymczasem dostałam możliwość zajrzenia za kulisy pracy prywatnego detektywa i zobaczenia jej z zupełnie innej strony.


Bo ta praca wcale nie polega tylko na siedzeniu w samochodzie z aparatem i czekaniu, aż ktoś zrobi coś, czego robić nie powinien.


To godziny obserwacji. Czasem bardzo długie i bardzo nudne. To analiza drobiazgów, które dla zwykłego człowieka nie mają żadnego znaczenia. Zmiana codziennych przyzwyczajeń, sposób zachowania, trasa, po której ktoś się porusza, jedno spotkanie, telefon, spojrzenie czy sytuacja, która dopiero po połączeniu z innymi elementami zaczyna tworzyć większą całość.


Ale przede wszystkim — to ludzie i ich emocje.


I chyba właśnie ten element zainteresował mnie najbardziej.


Zdrada jest bolesna. Podejrzenie zdrady również. Kiedy w głowie człowieka pojawia się myśl, że partner może prowadzić podwójne życie, nagle wszystko zaczyna wyglądać podejrzanie. Późniejszy powrót do domu, telefon odłożony ekranem do dołu, inny ton głosu, wyjście, którego wcześniej nie było. Człowiek zaczyna składać własną układankę i czasami jest już tak przekonany do swojej wersji wydarzeń, że przestaje dopuszczać możliwość, iż prawda może wyglądać zupełnie inaczej.


I właśnie jedna z przedstawionych historii zrobiła na mnie szczególne wrażenie. Bo pokazuje, że detektyw nie jest od potwierdzania podejrzeń klienta. Jest od ustalenia faktów.


Czasami osoba obserwowana okazuje się niewinna.


A czasami problem znajduje się zupełnie gdzie indziej.


I wtedy zaczyna się robić naprawdę ciekawie.


Bardzo podobało mi się, że autor nie próbuje za wszelką cenę tworzyć sensacji. Pokazuje również sytuacje, w których wcześniejsze założenia okazują się błędne, a nawet takie, kiedy osoba zlecająca obserwację nie mówi całej prawdy. To świetnie pokazuje, jak cienka potrafi być granica pomiędzy podejrzeniem, przekonaniem a rzeczywistością.


Bo można obserwować drugiego człowieka przez kilka czy kilkanaście dni, zebrać ogrom materiału i dojść do wniosku, że… zarzuty były bezpodstawne.


I co wtedy?


Dla mnie właśnie tutaj książka przestaje być tylko ciekawostką o pracy detektywa, a zaczyna mówić o czymś znacznie większym — o odpowiedzialności za prawdę.


Prawda nie zawsze jest taka, jakiej oczekuje klient. Czasem boli, czasem przynosi ulgę, a czasem stawia człowieka w sytuacji, której kompletnie się nie spodziewał.


Ogromne wrażenie zrobiła na mnie również forma tej książki. Oprócz opisów spraw znajdują się tutaj materiały przypominające prawdziwą dokumentację operacyjną: raporty, fotografie, zestawienia, analizy, materiały z obserwacji czy elementy związane z OSINT-em. Dzięki temu miałam momentami wrażenie, jakbym nie czytała książki, tylko zaglądała komuś przez ramię podczas prowadzenia prawdziwej sprawy.


I powiem Wam — to działa na wyobraźnię.


Kiedy widzimy godziny, miejsca, kolejne etapy obserwacji i dokumentację, zaczynamy rozumieć, ile pracy może kryć się za jednym końcowym zdaniem: „potwierdzono” albo „nie potwierdzono”.


Szczególnie ciekawa była dla mnie część dotycząca tego, ile informacji zostawiamy po sobie w internecie. Zdjęcia, profile społecznościowe, stare konta, pseudonimy, fragmenty danych — coś, o czym sami dawno zapomnieliśmy, może nadal gdzieś istnieć. Dopiero kiedy widzi się proces łączenia tych pojedynczych elementów, człowiek zaczyna się zastanawiać, jak ogromny cyfrowy ślad zostawiamy za sobą każdego dnia.


Przyznam, że momentami robiło to na mnie większe wrażenie niż sama obserwacja terenowa.


Są tutaj również bardziej techniczne fragmenty. Niektóre czytałam wolniej, bo pojawia się sporo informacji dotyczących procedur, narzędzi, dokumentacji czy prawnych granic działania. Nie jest to jednak przypadkowe zapychanie stron. Dzięki temu książka pokazuje, że prywatny detektyw nie może robić wszystkiego, na co ma ochotę, a praca ta jest ograniczona przepisami, zasadami etyki i odpowiedzialnością za drugiego człowieka.


I dobrze, że zostało to pokazane.


Bo łatwo wyobrażać sobie detektywa jako kogoś, kto śledzi, fotografuje i zdobywa informacje wszelkimi możliwymi sposobami. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że równie ważne jak znalezienie odpowiedzi jest to, w jaki sposób się do niej dochodzi.


Najbardziej zostały jednak ze mną fragmenty bardziej osobiste.


Te, w których autor opowiada o emocjach, intuicji, doświadczeniu i o tym, jak obserwowanie ludzi z czasem uczy zauważać rzeczy, których większość z nas nawet nie rejestruje. Drobne gesty. Zmianę zachowania. Napięcie. Nerwowość. Sposób, w jaki ktoś reaguje w określonej sytuacji.


Ale jednocześnie bardzo mocno wybrzmiewa tutaj jedna rzecz: intuicja może być sygnałem, nigdy dowodem.


I to akurat bardzo mi się spodobało.


Bo można coś czuć. Można mieć podejrzenia. Można nawet być niemal pewnym. Ale dopiero fakty pozwalają powiedzieć, co naprawdę się wydarzyło.


Podoba mi się też sposób, w jaki autor pisze o samych ludziach. Bez robienia z każdego obserwowanego człowieka „winnego”. Bez prostego podziału na dobrych i złych. Za każdą sprawą stoi przecież czyjeś życie, małżeństwo, rodzina, strach, zazdrość czy rozczarowanie. Jedna informacja może zmienić czyjeś życie w kilka sekund.


I detektyw doskonale o tym wie.


Dlatego ta książka nie jest dla mnie historią o łapaniu ludzi na zdradzie.


To przede wszystkim książka o szukaniu prawdy.


Czasem niewygodnej. Czasem zupełnie innej niż ta, którą ktoś wcześniej ułożył sobie w głowie. A czasem takiej, która paradoksalnie przynosi ogromną ulgę.


Po przeczytaniu tej książki mam też zupełnie inne spojrzenie na zawód prywatnego detektywa. Jest w nim znacznie mniej filmowego blichtru, a znacznie więcej cierpliwości, czekania, analizowania, dokumentowania i odpowiedzialności, niż mogłoby się wydawać.


I chyba właśnie dlatego czytałam ją z taką ciekawością.


Bo tutaj zaglądamy do świata, którego na co dzień nie widzimy. Do samochodów stojących godzinami na parkingach. Do raportów tworzonych późnym wieczorem. Do setek fotografii, z których być może tylko jedna okaże się istotna. Do rozmów z ludźmi, którzy chcieliby usłyszeć określoną odpowiedź, choć prawda wcale nie musi jej potwierdzić.


A na końcu zostaje jeszcze jedna myśl.


Jak dobrze naprawdę znamy człowieka, z którym dzielimy życie?


I chyba właśnie dlatego po zamknięciu tej książki jeszcze długo o niej myślałam. Bo możemy potraktować ją jako ciekawą opowieść o pracy prywatnego detektywa. Możemy zachwycić się techniczną stroną obserwacji i analizą informacji. Ale gdzieś pod tym wszystkim cały czas pozostają ludzie — ze swoimi sekretami, lękami, błędami i potrzebą poznania prawdy.


A prawda, jak wiadomo, czasami potrafi zaskoczyć bardziej niż najlepsza fikcja. 


Współpraca recenzencka z  Tomaszem Nowickim.

 „Gasnąc wśród świateł” – Aneta Grabowska

„Gasnąc wśród świateł” – Aneta Grabowska

 




Myślałam, że dostanę po prostu historię o miłości, a dostałam opowieść o ludziach, którzy próbują poradzić sobie z tym, co noszą w sobie od lat. O trudnych wyborach, niewypowiedzianych uczuciach i o tym, że czasem serce i rozsądek potrafią ciągnąć człowieka w zupełnie różne strony.

Wiktoria mieszka w krakowskiej Nowej Hucie, studiuje i wiedzie dość spokojne życie. Dużo czasu spędza z przyjaciółką Baśką, która wdaje się w relację z żonatym Markiem. Choć Baśka wierzy w jego zapewnienia o rychłym rozwodzie, Wiktoria od początku podchodzi do tej znajomości z dużą ostrożnością.

W tym samym czasie poznajemy Michała, który mieszka z Jarkiem i wyraźnie próbuje zostawić swoją przeszłość za sobą. Pewnego dnia w parku spotyka starszego mężczyznę. Z pozoru przypadkowa rozmowa szybko przeradza się w coś więcej, a Michał zaczyna wracać do wspomnień z dzieciństwa. Z czasem coraz wyraźniej widać, że to, czego doświadczył w rodzinnym domu, mocno wpłynęło na jego dorosłe życie i relacje z innymi.

Wkrótce drogi Wiktorii i Michała się przecinają. Ona nie daje się łatwo zniechęcić jego chłodem i dystansem, a między nimi zaczyna pojawiać się coraz wyraźniejsze zainteresowanie. Michał jednak wciąż próbuje trzymać ją na odległość, jakby z góry zakładał, że nie powinien pozwolić sobie na coś więcej.

Czy Wiktoria i Michał mają przed sobą przyszłość?

Czy chłopak upora się z demonami przeszłości?

I czy uczucie wystarczy, kiedy życie zacznie stawiać przed nimi coraz trudniejsze wybory?

Wiktoria jest studentką polonistyki, choć coraz częściej zastanawia się, czy naprawdę dobrze wybrała swoją drogę. Mieszka w krakowskiej Nowej Hucie, w mieszkaniu odziedziczonym po babci, z którym wiąże ją mnóstwo wspomnień i rodzinnych emocji. To miejsce jest dla niej czymś więcej niż tylko adresem — daje jej poczucie bliskości z tymi, których kochała.

Na co dzień jest spokojna, cicha i raczej stroni od dużych imprez. Zdecydowanie lepiej czuje się w niewielkim gronie swoich ludzi, przy których może być po prostu sobą. Jest bardzo związana z rodziną, a dla przyjaciół potrafiłaby zrobić naprawdę wiele. To jedna z tych osób, które nie zawsze mówią najgłośniej, ale uważnie patrzą, słuchają i wyłapują to, czego inni czasem nie zauważają.

Wiktoria zazwyczaj podchodzi do życia rozsądnie, ale kiedy w grę wchodzą silne emocje, strach albo troska o kogoś bliskiego, potrafi działać impulsywnie i wpakować się w sytuacje, które mocno komplikują jej życie. I właśnie to sprawia, że wydaje się tak prawdziwa — nie jest idealna, czasem się myli i podejmuje decyzje pod wpływem chwili, ale bardzo często kieruje sercem.

Michał wychował się w zamożnym domu, w którym z pozoru niczego mu nie brakowało. Były dobre szkoły, wygodne życie i sukcesy, którymi można było się pochwalić. Zabrakło jednak tego, co dla dziecka najważniejsze — zainteresowania jego uczuciami, potrzebami i tym, czego naprawdę chce. Rodzice bardziej skupiali się na tym, jak wygląda, jak się uczy i jakie robi wrażenie na innych, niż na tym, kim naprawdę jest ich syn.

W końcu Michał postanowił odciąć się od takiego życia. Uciekł od rodziny i zaczął wszystko od nowa, na własnych zasadach. Początki nie były łatwe — ledwo wiązał koniec z końcem, musiał nauczyć się oszczędzać i radzić sobie bez wygód, do których wcześniej był przyzwyczajony. Mimo to właśnie wtedy po raz pierwszy poczuł, że naprawdę decyduje o sobie.

Z czasem nauczył się też trzymać ludzi na dystans. Zbudował wokół siebie mur, który miał chronić go przed kolejnym rozczarowaniem i zranieniem. Do swojego świata dopuścił właściwie tylko Jarka — jedną z niewielu osób, której naprawdę zaufał i przed którą potrafił zdjąć choć kawałek tej ochronnej zbroi.

Baśka to zupełne przeciwieństwo Wiktorii — głośna, bezpośrednia i z niewyparzoną buzią. Mówi to, co myśli, nie owija w bawełnę i raczej nie należy do osób, które łatwo się wycofują. Jeśli już w coś wchodzi, robi to całą sobą, nawet jeśli po drodze zapalają się wszystkie możliwe czerwone lampki.

Tak właśnie dzieje się, gdy wdaje się w romans ze starszym mężczyzną, który zapewnia ją, że jego małżeństwo właściwie już się skończyło, a rozwód jest tylko kwestią czasu. Baśka chce mu wierzyć, choć z boku cała sytuacja wygląda znacznie mniej pewnie, niż ona sama chciałaby przyznać.

Jarek wyrwał się z domu pełnego problemów. Jego ojciec był alkoholikiem, a matki praktycznie nie pamięta — zna jedynie wersję ojca, według której pewnego dnia po prostu ich zostawiła.

Jarek bardzo potrzebuje bliskości i kogoś, kto po prostu będzie przy nim. Raz po raz próbuje układać sobie życie uczuciowe, ale ciągle coś się sypie. Z zewnątrz sprawia wrażenie lekkiego i pogodnego, ale tak naprawdę mocno zależy mu na tym, żeby w końcu znaleźć kogoś, przy kim poczuje się naprawdę ważny i kochany. Mieszka razem z Michałem i to właśnie między nimi zrodziła się wyjątkowa przyjaźń.

Autorka pisze lekko i swobodnie, dzięki czemu bardzo łatwo zanurzyć się w tej historii i naprawdę trudno odłożyć książkę choćby na chwilę. Pomimo że nie brakuje tu trudnych tematów, napięcie rośnie z każdym rozdziałem, a ciekawość czytelnika tylko się zwiększa. Chce się wiedzieć, jak potoczą się losy bohaterów, jakie decyzje podejmą i do czego ostatecznie doprowadzą ich wybory.

Dużym plusem są również bohaterowie. Autorka stworzyła bardzo różnorodne postacie — każda z nich pochodzi z innego środowiska, ma za sobą inne doświadczenia i patrzy na życie z zupełnie innej perspektywy. Mimo tych różnic ich losy zaczynają się ze sobą splatać, a wszystko tworzy jedną spójną całość.

Pomimo wielu różnych wątków czytelnik nie ma problemu, żeby się w nich odnaleźć. Autorka umiejętnie je łączy, dzięki czemu historia nie sprawia wrażenia przeładowanej. Wręcz przeciwnie — kolejne elementy dobrze się uzupełniają, dając sporo emocji, przeżyć i powodów do refleksji.

Autorka wplotła w historię również kilka sekretów, które ujawnia w odpowiednim momencie. Dzięki temu fabuła cały czas trzyma w napięciu i nie pozwala zbyt szybko domyślić się wszystkiego. Każde kolejne odkrycie dorzuca coś nowego, czasem pozwala inaczej spojrzeć na wcześniejsze wydarzenia i jeszcze bardziej podsyca ciekawość.

Pisarka potrafi też wzbudzić w czytelniku całą gamę emocji — od uśmiechu i rozbawienia, przez wzruszenie, aż po złość czy prawdziwe wzburzenie. Emocje bohaterów naprawdę udzielają się podczas czytania.

Bardzo podobało mi się również to, jak autorka pokazała, że nieważne, czy dziecko wychowuje się w biedzie, czy w bogactwie — najważniejsze jest to, czy ma obok siebie rodzica, który potrafi je kochać, słuchać i dać mu przestrzeń do bycia sobą. Książka pokazuje, że życie dziecka można zranić nie tylko przemocą czy alkoholem. Czasem równie mocno niszczą brak prawdziwej uwagi, ciągłe narzucanie własnych oczekiwań i odbieranie prawa do samodzielnych wyborów.

Autorka pokazuje też, jak długo potrafią ciągnąć się za człowiekiem skutki przemocy domowej i jak ciężko wyrwać się z patologicznego środowiska. Jak wiele odwagi, siły i samokontroli potrzeba, żeby odciąć się od tego, co szkodzi, i spróbować zbudować swoje życie od nowa. Jednocześnie daje nadzieję, że czasem wystarczy trafić na odpowiednich ludzi, żeby wszystko zaczęło powoli zmieniać się na lepsze.

Muszę Wam też zdradzić, że w książce pojawia się czarny charakter, który świetnie dopełnia całą historię i pokazuje, jak bardzo pozory potrafią mylić. Bo czasem ktoś bliski może okazać się kimś zupełnie innym, niż nam się wydawało… ale tego już Wam nie zdradzę.

Zakończenie wręcz mnie zszokowało. Kompletnie nie spodziewałam się, że autorka szykuje dla mnie jeszcze taki zwrot akcji. Kiedy wydawało mi się, że wszystko zaczyna już zmierzać w konkretnym kierunku, dostałam coś, co zupełnie wywróciło moje wcześniejsze przypuszczenia i sprawiło, że ostatnie strony czytałam z jeszcze większym napięciem.

Polecam tę powieść wszystkim, którzy lubią historie o trudnych relacjach rodzinnych, miłości, która potrafi dodać skrzydeł, ale przede wszystkim o odwadze — tej potrzebnej, by zawalczyć o siebie, odciąć się od tego, co nas niszczy, i spróbować ułożyć swoje życie na nowo.

Choć dotarłam już do ostatniej strony, czuję, że ta historia zostanie w moim sercu na długo. 💜

Patronat medialny | „Gasnąc wśród świateł” Anety Grabowskiej zostało. Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy z Wydawnictwem WasPos.

 „Jano i Wito. Codzienne sprawy” – Wiola Wołoszyn, Przemek Liput

„Jano i Wito. Codzienne sprawy” – Wiola Wołoszyn, Przemek Liput


 Są takie sytuacje w życiu dziecka, które dla dorosłego mogą wydawać się drobiazgiem. Kłótnia o zabawkę, strach przed czymś, co czai się w ciemności, czy przegrany mecz. Dla dziecka w tej konkretnej chwili potrafią być jednak całym światem. I właśnie o takich zwyczajnych, a jednocześnie bardzo ważnych dziecięcych sprawach opowiadają książki z serii „Jano i Wito. Codzienne sprawy”.


Do naszego domu trafiły trzy części: „Wielka kłótnia”, „Strach ma wielkie oczy” oraz „Jano i Wito grają w piłkę”. Każda opowiada inną historię, ale wszystkie łączy jedno — dziecięce emocje pokazane bez przesadnego moralizowania i bez udawania, że zawsze wszystko jest pięknie, spokojnie i idealnie.


I chyba właśnie to spodobało mi się w nich najbardziej. ❤️


W „Wielkiej kłótni” zaczyna się całkiem niewinnie. Są klocki, wspólna zabawa, budowanie coraz większych konstrukcji… aż nagle pojawia się konflikt. Coś zostaje zniszczone, padają pretensje, jest krzyk, złość, łzy i słowa wypowiedziane pod wpływem emocji.


Czyli dokładnie tak, jak czasem wygląda dziecięca kłótnia.


Autorzy pokazują, że można być jednocześnie bardzo złym i bardzo smutnym, można nie chcieć od razu powiedzieć „przepraszam”, a jednak po czasie znaleźć sposób, żeby znów się do siebie zbliżyć. Podoba mi się, że pogodzenie chłopców nie pojawia się tutaj jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Najpierw emocje muszą opaść, a dopiero później przychodzi miejsce na dalszą wspólną zabawę.


Z kolei „Strach ma wielkie oczy” zabiera dzieci w zupełnie inny świat emocji. Tym razem bohaterowie mierzą się ze strachem. A dziecięca wyobraźnia, szczególnie kiedy robi się ciemno, potrafi przecież wyczyniać cuda. Nagle zwykły cień wygląda podejrzanie, coś za oknem może mieć pięcioro oczu, a odgłosy dobiegające z ogrodu zdecydowanie brzmią groźniej niż za dnia. 😉


Bardzo spodobało mi się tutaj podejście mamy. Nie wyśmiewa chłopców i nie mówi po prostu: „przecież nie ma się czego bać”. Bierze latarkę i idzie razem z nimi sprawdzić, co naprawdę kryje się w ciemności.


I to jest świetne.


Bo przecież dla dziecka strach jest prawdziwy, nawet jeżeli dorosły wie, że za chwilę okaże się, że za całym zamieszaniem stoi coś zupełnie niegroźnego. Historia pokazuje, że lęk można oswoić, szczególnie kiedy obok jest ktoś, przy kim czujemy się bezpiecznie. A kiedy okazuje się, że wszystko wyglądało dużo groźniej tylko w wyobraźni, pojawia się również sporo śmiechu.


Trzecia książka, „Jano i Wito grają w piłkę”, przenosi nas na boisko. ⚽ I tutaj również nie chodzi wyłącznie o samo kopanie piłki.


Są emocje związane z grą, drużyną, rywalizacją, zdobywaniem bramek i tym, że czasami bardzo chcemy wygrać. Pojawia się radość, zaangażowanie, ale również momenty, gdy coś nie wychodzi tak, jak byśmy chcieli.


I wiecie, co najbardziej podoba mi się w zakończeniu tej historii?


Kiedy pada pytanie o to, kto właściwie wygrał, okazuje się, że nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze jest to, że wszyscy świetnie się bawili.


Niby proste zdanie, a niesie ze sobą naprawdę fajny przekaz. Szczególnie teraz, kiedy dzieci bardzo często słyszą o wynikach, byciu najlepszym czy wygrywaniu. Tutaj dostają przypomnienie, że sport to również wspólna zabawa, ruch, drużyna i przyjemność z samego grania.


Cała seria „Codzienne sprawy” bardzo trafnie bierze na warsztat sytuacje, które naprawdę zdarzają się dzieciom. Nie ma tutaj wielkich, oderwanych od życia problemów. Jest za to kłótnia z kimś bliskim, strach, rywalizacja, złość, smutek, radość, przeprosiny, współpraca i poczucie bezpieczeństwa.


Ogromną rolę odgrywają również ilustracje Przemka Liputa. Są kolorowe, wyraziste i pełne emocji, dzięki czemu od razu przyciągają wzrok dziecka. Świetnie uzupełniają tekst i pomagają jeszcze lepiej zrozumieć to, co dzieje się w historii. Dużym plusem jest też sama ilość tekstu — nie ma go za dużo, więc nie przytłacza młodego czytelnika, a wręcz zachęca, żeby spróbować przeczytać książkę samodzielnie. Dla dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, może to być naprawdę fajna forma zachęty i budowania pewności siebie.


Podoba mi się też to, że po przeczytaniu każdej części można spokojnie pociągnąć temat dalej. Zapytać dziecko, czego ono się boi, czy zdarzyło mu się pokłócić z kolegą albo rodzeństwem, jak czuje się, kiedy przegrywa i co według niego można zrobić, żeby się pogodzić.


To nie są więc tylko krótkie historie do przeczytania przed snem. Mogą być też bardzo dobrym początkiem rozmowy o tym, co dla małego człowieka często wcale małe nie jest.


My poznaliśmy trzy części, ale „Codzienne sprawy” to większa seria, w której Jano i Wito mierzą się z kolejnymi sytuacjami dobrze znanymi dzieciom i ich rodzicom.


I zdecydowanie rozumiem pomysł na te książki. Zamiast tłumaczyć dzieciom emocje trudnymi słowami, pokazują je w historiach, w których mali czytelnicy mogą po prostu odnaleźć samych siebie. ❤️📚


Reklama | Egzemplarze książek otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Mamamia.

„Biblioteka na Cichej” – Barbara Kwinta 📚🍂

„Biblioteka na Cichej” – Barbara Kwinta 📚🍂

Są takie miejsca, które na pierwszy rzut oka nie wyróżniają się niczym szczególnym, a jednak potrafią odmienić czyjś świat. Biblioteka na Cichej właśnie do takich należy. Niewielka, trochę zapomniana, pełna książek i ludzi, którzy — choć bardzo różni — trafiają tam w momentach, kiedy najbardziej potrzebują drugiego człowieka, nowego początku albo po prostu odrobiny nadziei.


Przy niepozornej ulicy Cichej w Krakowie mieści się niewielka filia biblioteki miejskiej. Przez lata wszystko toczyło się tam spokojnym rytmem, jednak planowana rewitalizacja ma sporo namieszać. Nowe pomysły, nowi ludzie i próba przywrócenia temu miejscu dawnego blasku nie wszystkim od razu przypadają do gustu.


Waleria pracuje w bibliotece, kocha książki i pieczenie, a wszystko, co burzy jej dobrze znany porządek, mocno ją przeraża. Jest samotna, uwielbia romanse i ma dobre serce.


Nina to starsza kobieta, która w młodości była prawdziwą gwiazdą. Zdobyła niejedną nagrodę, poznała zagraniczne sławy i prowadziła zupełnie inne życie niż obecnie. Dziś jest samotna, trochę zgorzkniała i postanawia umrzeć. Tyle że za każdym razem coś staje jej na przeszkodzie… a później pojawia się ktoś.


Jest też Julia — młoda Ukrainka i mama dwojga dzieci, Olka i Mili — która próbuje ułożyć sobie wszystko od nowa w Krakowie. Nie boi się wyzwań. Uczy się polskiego i szuka pracy, która z różnych powodów jakoś nie chce się jej trzymać. Mimo kolejnych porażek nie poddaje się. Odważnie stawia następne kroki i walczy o lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci.


W bibliotece zaczyna pracę również Michał. Młody, sprytny i odważny chłopak, który nie trafia tam całkiem bezinteresownie. Z czasem coraz bardziej angażuje się nie tylko w sprawy biblioteki, lecz także w losy ludzi, których tam poznaje. Pojawia się też miłość… ale tutaj już nic więcej Wam nie zdradzę. 😉


Barbara Kwinta stworzyła wyrazistych bohaterów, pełnych emocji, lęku, ale również odwagi, a także miłości, która niejednokrotnie popycha ich do działania. Pięknie pokazuje, że niekiedy wystarczy spotkać na swojej drodze jedną osobę, która może odmienić nasz świat, a my — często nawet o tym nie wiedząc — zmieniamy również jej życie.


Mimo że poznajemy historie kilku osób, a wątków jest sporo, ani przez chwilę nie miałam poczucia zagubienia. Poszczególne losy naturalnie się ze sobą splatają i ostatecznie tworzą jedną spójną historię.


Uwielbiam książki pełne emocji, a za sprawą Niny tych tutaj zdecydowanie nie brakuje — podobnie jak czarnego humoru. Muszę Wam się przyznać, że to właśnie tę bohaterkę pokochałam najbardziej. Nina nigdy nie owija w bawełnę. Mówi dokładnie to, co myśli, nawet jeśli jej słowa bywają ostre albo niewygodne. Jej charakter, szczerość i sposób patrzenia na świat sprawiły, że na długo zostanie w mojej pamięci.


Bardzo poruszył mnie również sposób, w jaki autorka pokazała macierzyństwo. To nie tylko miłość, ale też codzienna walka, strach, niepewność i ogromna potrzeba chronienia swoich dzieci przed wszystkim, co może je zranić. Czasem podejmujemy dobre decyzje, czasem popełniamy błędy, ale przecież żadna z nas nie dostaje instrukcji obsługi macierzyństwa. Uczymy się go każdego dnia — próbując, potykając się, poprawiając własne błędy i cały czas chcąc dla swoich dzieci jednego: żeby było im dobrze.

Bardzo ważny jest dla mnie również motyw upływającego czasu. Często nie doceniamy tego, co mamy. Czekamy na kolejne etapy, odkładamy różne rzeczy na później i wydaje się nam , że jeszcze zdążymy. Tymczasem czas płynie i nim się obejrzymy, zaczyna go brakować. Dopiero wtedy dostrzegamy, co mogliśmy zrobić inaczej, czego nie powiedzieliśmy albo z czego zrezygnowaliśmy, przekonani, że przecież będzie jeszcze okazja.


Ten motyw został pięknie zestawiony z młodością i ludźmi, którzy mają przed sobą jeszcze tak wiele. Dzięki temu wybrzmiewa jeszcze mocniej i zostaje w głowie na długo.


Ta historia przypomina również, że błędy, które popełniamy, często można naprawić. Warto jednak zrobić to wcześniej niż później, bo im dłużej zwlekamy, tym większą cenę możemy za to zapłacić. Jest też o marzeniach, których nikt nie spełni za nas oraz o walce o lepsze jutro — nawet wtedy, kiedy wcześniej wiele rzeczy nie poszło po naszej myśli.


To opowieść o samotności, nowych początkach, przyjaźni i miłości. O tym, że nie wszystko układa się zgodnie z naszym planem, ale nie zawsze oznacza to coś złego. Niekiedy właśnie ta nieplanowana droga prowadzi nas tam, gdzie powinniśmy się znaleźć.


Barbara Kwinta ma lekkie pióro, a podczas czytania miałam wrażenie, jakbym naprawdę przebywała w świecie bohaterów. Wcale nie miałam ochoty z niego wychodzić — wręcz przeciwnie, chciałam jeszcze więcej. Są takie książki, przy których robi nam się zwyczajnie smutno, gdy docieramy do ostatniej strony, bo chcielibyśmy zostać z bohaterami trochę dłużej i dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. „Biblioteka na Cichej” właśnie taka dla mnie była.


Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że historia pójdzie właśnie w tę stronę, a jednocześnie bardzo spodobało mi się to, jak wszystko zostało domknięte. Uświadomiło mi to, że tak naprawdę zawsze możemy spróbować coś zmienić. Jedno miejsce, jedno spotkanie, a nawet przypadkowo przeczytana książka mogą uruchomić w nas coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy.


W moim przypadku „Biblioteka na Cichej” trafiła na bardzo trudny tydzieńw moim życiu, podczas którego miałam wrażenie, że nic nie układa się tak, jak powinno. Zamiast jednak się poddać i uznać, że „system wygrał”, zaczęłam szukać rozwiązania i stanęłam do walki o swoje. Bo jeśli sami nie zawalczymy o to, co dla nas ważne, nikt nie zrobi tego za nas. A jednocześnie książka ta przypomniała mi, że na naszej drodze są ludzie, którzy potrafią wyciągnąć rękę i pomóc zrobić kolejny krok.


I muszę Wam powiedzieć, że jedyny minus tej powieści jest taki, że… po prostu się skończyła. Już wiem, że będę z ogromną ciekawością śledzić twórczość Barbary Kwinty i wyczekiwać jej kolejnej historii.


A ja? Ja już tęsknię za Niną.


Chcecie wiedzieć, jak potoczyły się jej losy? Tego Wam nie zdradzę. Musicie sami zajrzeć do „Biblioteki na Cichej” i sprawdzić, co przygotowała dla niej autorka.


Polecam tę książkę wszystkim. To jedna z tych historii, które przypominają, że warto spojrzeć na swoje życie z innej strony, zatrzymać się na chwilę i docenić to, co mamy tu i teraz.


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Lira.

Brak tytułu


 „Divortium” – Natalia Krüzer 📚🖤

Przez długi czas zastanawiałam się, co napisać i jak opisać wszystko, co wydarzyło się w tej książce, żeby nie zdradzić zbyt wiele, a jednocześnie pokazać Wam choć część tego, co przygotowała autorka.

Paulina jest prokuratorką, która podczas jednego z dyżurów przyjmuje zawiadomienie od Beaty Wardeckiej. Kobieta twierdzi, że jej córka Helenka została uprowadzona przez ojca. Szybko okazuje się jednak, że rodzice dziewczynki są w trakcie burzliwego rozwodu, a wzajemne oskarżenia i walka o dziecko znacznie komplikują sytuację. To, co początkowo może wyglądać jak kolejna odsłona rodzinnego konfliktu, zaczyna przybierać coraz poważniejszy obrót, kiedy Helenki nie udaje się odnaleźć.

Każde z rodziców przedstawia własną wersję wydarzeń i obwinia drugą stronę, a śledczy muszą ustalić, gdzie kończy się rozwodowa wojna, a zaczyna prawdziwe zagrożenie dla dziecka. Czytelnik wie jednak, że za porwaniem stoi ktoś inny, a dziewczynka znalazła się w ogromnych opałach. Z czasem okazuje się również, że zagrożenie jest znacznie bardziej przerażające, niż mogłoby się początkowo wydawać.

Czy uda się odnaleźć Helenkę całą i zdrową? Czy rodzice zaczną ze sobą współpracować? I czy problemy rodzinne Pauliny nie przeszkodzą prokurator w prowadzeniu śledztwa?

Książka mnie zachwyciła. Autorka pisze lekkim i przystępnym językiem, dzięki czemu mimo trudnych tematów poruszanych w historii czyta się ją bardzo szybko. Muszę Wam się przyznać, że książkę doczytałam w nocy — tak mocno zostałam wciągnięta w świat bohaterów, że po prostu nie chciałam jej odkładać.

Z każdym kolejnym rozdziałem napięcie rośnie, a ciekawość jest coraz większa. Autorka dokłada kolejne puzzle do stworzonej przez siebie układanki, stopniowo odsłaniając następne elementy historii i nie pozwalając czytelnikowi oderwać się od lektury.

Poza główną historią pojawia się kilka pobocznych wątków, które sprawiają, że książka staje się jeszcze pełniejsza. Każdy z nich niesie ze sobą inne emocje i pozwala spojrzeć na bohaterów oraz otaczający ich świat z kolejnej strony. Mocno wybrzmiewa przy tym, jak wiele niesprawiedliwości może spotkać człowieka i jak opinia zaledwie kilku osób potrafi wpłynąć nie tylko na los kobiety, ale również jej dzieci.

Paulina to bohaterka z krwi i kości. Z jednej strony bezkompromisowa prokuratorka, która potrafi zaufać swojej intuicji i całym sercem angażuje się w prowadzone sprawy. Z drugiej — mama chłopca z autyzmem, uwikłana w trudną relację z jego ojcem. Kocha syna i próbuje utrzymać rodzinę w całości, jednocześnie coraz częściej czując, że robi za mało — zarówno w pracy, jak i w macierzyństwie. Opinie partnera dodatkowo utwierdzają ją w przekonaniu, że nie jest wystarczająco dobra. Każde niepowodzenie mocno przeżywa, a nawet kiedy odnosi sukces, nie potrafi cieszyć się nim zbyt długo.

Wsparcie dostaje od swojej przyjaciółki Kamili, która jest psychologiem, a z czasem do grona jej sprzymierzeńców dołącza jeszcze jedna osoba.

Jednym z najmocniejszych aspektów tej historii jest dla mnie sposób przedstawienia przemocy domowej. Widzimy, jak trudno odciąć się od oprawcy i jak potrafi on stopniowo wpływać na swoją ofiarę, odbierając jej pewność siebie i sprawiając, że zaczyna wierzyć, iż nie ma innego wyjścia.

Bardzo podobało mi się również zestawienie losów różnych kobiet. Pokazuje ono, że w krzywdzącej relacji może utknąć każdy — niezależnie od wykształcenia, sytuacji materialnej czy pozycji zawodowej. Z boku łatwo powiedzieć: „odejdź”, jednak będąc w środku takiej sytuacji, znacznie trudniej zrobić pierwszy krok. Czasem ogromne znaczenie ma dopiero obecność osoby, która w odpowiednim momencie wyciągnie rękę.

Kolejnym aspektem, który bardzo mnie poruszył i o którym już Wam wspominałam, jest opieka nad dzieckiem ze specjalnymi potrzebami. Widzimy ogromną miłość matki, ale również jej zmęczenie, bezsilność i pragnienie, aby dziecko dorównało swoim rówieśnikom. To także emocje pojawiające się wtedy, gdy mimo wszystkich starań nie zawsze jest to możliwe. Dzięki temu Paulina staje się jeszcze bardziej prawdziwa — nie jest idealna, mierzy się z własnymi uczuciami i każdego dnia próbuje robić to, co uważa za najlepsze dla swojego dziecka.

Ważne miejsce w tej historii zajmuje również zdrowie psychiczne. Książka przypomina, jak ważne jest dbanie o nie i że nie powinniśmy wstydzić się wizyty u psychiatry czy psychoterapeuty. Korzystanie z profesjonalnej pomocy nie jest niczym złym, podobnie jak przyjmowanie leków — czasem jest po prostu potrzebnym elementem zadbania o siebie.

Główny wątek porwania dziecka przynosi natomiast zupełnie inny rodzaj emocji. Strach, bezradność i niepewność rodziców pokazują, jak jedno wydarzenie może w jednej chwili całkowicie odmienić życie całej rodziny.

Mocno wybrzmiewa również to, jak łatwo prawdziwy potwór może wtopić się w tłum. Obserwuje, planuje i działa, podczas gdy ludzie wokół nie mają pojęcia, jak mroczne i odrażające wnętrze może skrywać.

Ale „Divortium” to nie tylko mrok. To także książka o sile i odwadze, walce z samym sobą i własnymi słabościami. O szukaniu wyjścia nawet wtedy, gdy sytuacja wydaje się beznadziejna. Przypomina, że warto prosić o wsparcie, wiedzieć, gdzie go szukać, ale również nie przechodzić obojętnie obok krzywdy drugiego człowieka. Czasem jedna osoba, która pojawi się w odpowiednim momencie, potrafi odmienić czyjeś życie.

Zakończenie książki jest zaskakujące i wywołuje mnóstwo emocji. Autorka do samego końca potrafi utrzymać czytelnika w napięciu, a finał zostaje w głowie jeszcze długo po odłożeniu książki.

Mimo że „Divortium” jest drugą częścią, nie sprawiło mi to żadnego problemu podczas czytania. Wszystkie najważniejsze informacje potrzebne do zrozumienia tej historii otrzymujemy w trakcie lektury. I choć wiem już co nieco o tym, co wydarzyło się wcześniej, teraz tym bardziej mam ochotę poznać losy Pauliny od samego początku.

Mam też ogromną nadzieję, że na dalszy ciąg nie będziemy musieli długo czekać — jestem bardzo ciekawa, w co tym razem wpakuje się nasza bohaterka. 😁

Polecam tę książkę nie tylko miłośnikom thrillerów i mrocznych historii. Mimo trudnych tematów myślę, że każdy może znaleźć w niej coś dla siebie — emocje, refleksję, nadzieję, ale również możliwość spojrzenia na pewne sytuacje z zupełnie innej perspektywy. „Divortium” przypomina, że to, co z boku wydaje się proste i oczywiste, dla osoby, która sama znajduje się w danej sytuacji, może wyglądać zupełnie inaczej. Nigdy tak naprawdę nie wiemy, z czym drugi człowiek mierzy się na co dzień. 🖤📚

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z wydawnictwem Crime Books.

"Nie dotykać eksponatów” – Katarzyna Pyrz

"Nie dotykać eksponatów” – Katarzyna Pyrz


Chodząc do muzeów, pałaców czy galerii, zawsze zachwycałam się tym, co widzę — pięknem wnętrz, ekspozycjami, historią zamkniętą w murach i przedmiotach. Nigdy jednak nie zastanawiałam się, ile pracy i ile niewidocznych rąk potrzeba, aby wszystko wyglądało tak, jakby magia działa się tam sama. Ludzie, których mijałam, pozostawali gdzieś na drugim planie. Dzięki tej książce wiem, że następnym razem spojrzę na takie miejsca zupełnie inaczej. Z większą ciekawością, uważnością i świadomością, że za zachwytem, który widzi odwiedzający, stoi cały niewidoczny świat ludzi dbających o każdy szczegół. I chyba właśnie to najbardziej lubię w książkach — że potrafią zmienić sposób, w jaki patrzymy na coś, co wcześniej wydawało nam się zupełnie zwyczajne.

Akcja książki przenosi nas do zabytkowego Pałacu Mieroszewskich, miejsca pełnego historii, wyjątkowych wnętrz i cennych eksponatów. Jednak za pięknem, które widzą odwiedzający, kryje się codzienna praca całego zespołu ludzi dbających o to, aby wszystko funkcjonowało tak, jak powinno.

Do tego świata dołącza Ewelina, nowa pracownica, która dopiero poznaje zasady panujące w Pałacu, jego zakamarki oraz swoich współpracowników. Szybko okazuje się, że pod spokojną powierzchnią codziennych obowiązków kryje się znacznie więcej — relacje, sympatie, konflikty, plotki i tajemnice.

Szczególną rolę odgrywa Justyna, która lubi wiedzieć, co dzieje się wokół niej. Uważnie obserwuje innych, zbiera informacje i chętnie przekazuje je dalej, przez co potrafi nieźle namieszać w życiu współpracowników.

W tym samym czasie Ewelina coraz bardziej interesuje się Leszkiem, a życie zawodowe zaczyna przeplatać się z prywatnymi emocjami. W Pałacu trwają również przygotowania do wernisażu, który angażuje pracowników i przynosi kolejne komplikacje. Za kulisami pojawiają się bowiem działania, które niekoniecznie powinny ujrzeć światło dzienne, a niektóre sekrety zaczynają powoli wychodzić na jaw.

Czytając tę książkę, bardzo dobrze się bawiłam. Pisarka potrafiła w jednej chwili oczarować mnie wnętrzami Pałacu, a za chwilę rozbawić do łez.

Autorka posługuje się prostym językiem, dzięki czemu książkę czyta się szybko i lekko. Nie znajdziecie w niej zbędnych opisów — jest za to dużo dobrego humoru, a momentami nawet łzy ze śmiechu.

Bardzo polubiłam bohaterów — z ich problemami, humorem, marzeniami i całą codziennością. Z każdą kolejną stroną stawali mi się coraz bliżsi, aż w pewnym momencie miałam wrażenie, jakbym naprawdę ich znała.

Justyny jest wszędzie pełno. Potrafi świetnie obserwować to, co dzieje się wokół niej, ale równie dobrze umie podsłuchiwać i pojawiać się znikąd dokładnie wtedy, kiedy coś się dzieje.

Ewelina marzy o mężu i bliskości drugiej osoby. Widać, że bardzo zależy jej na tym, by w końcu znaleźć kogoś, z kim mogłaby stworzyć prawdziwy związek.

Zosia ma w sobie dużo troski o innych. Zawsze potrafi zauważyć, kiedy ktoś potrzebuje wsparcia, i chętnie wyciąga pomocną dłoń.

Barbara to kierowniczka z krwi i kości — konkretna, zorganizowana i pilnująca, żeby wszystko było zrobione tak, jak należy.

Adam to spokojny i opanowany ochroniarz, który lubi mieć wszystko na oku, a gdy tylko trafia mu się chwila spokoju, najchętniej sięga po krzyżówkę.

Lesio to prawdziwa złota rączka i jednocześnie typ imprezowicza, który lubi dobrą zabawę. Z czasem jednak poznajemy też jego bardziej samotną stronę i dowiadujemy się, że mimo pozornej beztroski brakuje mu bliskości drugiej osoby.

Katarzyna Pyrz pokazuje, jak ważne w życiu człowieka są miłość, bliskość i potrzeba drugiej osoby. Przypomina, że nawet ci, którzy na co dzień sprawiają wrażenie silnych i samowystarczalnych, również potrzebują kogoś, z kim mogą dzielić swoje emocje, radości i codzienność.

Książka pokazuje również, że pod codziennym humorem, drobnymi konfliktami i zabawnymi sytuacjami kryją się bardzo ludzkie potrzeby — bycia zauważonym, akceptowanym i potrzebnym. Bohaterowie mają swoje słabości, marzenia i chwile zwątpienia, a niektórzy dopiero z czasem odkrywają, czego tak naprawdę brakuje im w życiu. Autorka przypomina też, że czasem wystarczy zmiana perspektywy, aby dostrzec w sobie możliwości, o których wcześniej nawet nie mieliśmy pojęcia.

Pałac Mieroszewskich nie jest tutaj jedynie tłem wydarzeń. Poznajemy go od środka — poprzez jego zabytkowe wnętrza, eksponaty, historię, codzienne obowiązki i ludzi, którzy każdego dnia dbają o to miejsce. Dzięki temu zaczyna żyć własnym rytmem i staje się jednym z najważniejszych elementów całej historii.

Bardzo podobało mi się również to, że książka ma tak wyraźny regionalny charakter i przybliża miejsce związane z Zagłębiem Dąbrowskim. Po lekturze naprawdę nabiera się ochoty, żeby zobaczyć Pałac Mieroszewskich na własne oczy.

Sam tytuł również bardzo dobrze wpisuje się w pałacową codzienność, bo dbanie o eksponaty i pilnowanie zasad jest przecież jednym z elementów pracy osób, które poznajemy na kartach książki.

Jedyne, czego żałuję, to że jeden z wątków pozostał niedokończony. Mam jednak wrażenie, że był to celowy zabieg autorki — taki, który zostawia czytelnika z lekkim niedosytem i jeszcze większą ciekawością.

Zakończenie książki bardzo mnie zaskoczyło, a czym — musicie sami sprawdzić.

Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią się pośmiać, cenią lekkie historie pełne barwnych bohaterów i chętnie zaglądają za kulisy miejsc, które na co dzień oglądamy tylko jako zwiedzający.

Jestem bardzo ciekawa, gdzie pisarka zabierze nas w kolejnej książce i co tym razem nam zaserwuje.

Współpraca recenzencka

📚 Recenzja: „W dobrej wierze” – Katarzyna Kostołowska

📚 Recenzja: „W dobrej wierze” – Katarzyna Kostołowska


 W naszym domu są psy i koty — kochane, wytulone i zawsze najedzone. Kiedy przeczytałam opis „W dobrej wierze” Katarzyny Kostołowskiej, zapragnęłam poznać losy innych zwierząt i ludzi. Miałam jednak też pewne obawy: czy ta historia mi się spodoba? Czy trafi w mój gust czytelniczy? Ja już znam odpowiedź. A Ty, Czytelniku?


Marta, zmarznięta, siedzi w krzakach i obserwuje posiadłość. Przyjechała sprawdzić, w jakich warunkach żyje pies i czy rzeczywiście ktoś się nad nim znęca. Kiedy właściciel znika w domu, przeskakuje przez ogrodzenie i podchodzi do budy. Oświetla jej wnętrze latarką i zamiera. Autorka urywa scenę dokładnie w tym momencie, zostawiając czytelnika z pytaniem: co zobaczyła Marta?


Następnie poznajemy Justynę — adwokatkę, która uwielbia swoją pracę. Kobieta jest po czwartej próbie in vitro. Za sobą ma już dwa poronienia i dwie nieudane próby. Kolejne niepowodzenie mocno ją przytłacza. Unika rozmowy z ukochanym, a pod pretekstem rozpraw wyłącza telefon. Coraz bardziej można odnieść wrażenie, że to Borys pragnie dziecka znacznie bardziej niż ona.


Kiedy wraca do kancelarii prowadzonej wspólnie z Natalią, zastaje tam Martę, którą wcześniej broniły w sprawie naruszenia miru domowego i bezprawnego przejęcia psa. Natalia od pewnego czasu angażuje się także w pomoc fundacji prozwierzęcej. Choć wcześniej zajmowała się głównie prawem cywilnym i handlowym, coraz mocniej wciąga ją działalność na rzecz zwierząt.


Po powrocie do domu Justyna kłóci się z Borysem, a później unika dalszej rozmowy. Mąż czuje, że coś się dzieje, ale nie jest pewien, co naprawdę siedzi w głowie Justyny. Czy kobieta rzeczywiście chce dziecka? A może dąży do tego celu głównie dla niego? I jak to wszystko wpłynie na ich małżeństwo?


Autorka ma bardzo lekkie pióro. Książkę czyta się lekko, szybko i z ogromną przyjemnością, a ja aż się zdziwiłam, że to już koniec.


Fabuła bardzo mi się podobała. Autorka łączyła kilka różnych wątków w całość i pomimo że w książce dzieje się wiele, czytelnik nie gubi się w akcji, za to z łatwością zatraca się w samej historii. Smutno mi było, kiedy przewróciłam ostatnią stronę.


Bohaterowie mają swoje przyziemne problemy i zmartwienia, każdy inne. Odczuwają strach przed porzuceniem, jak każdy z nas. Chyba przez to tak bardzo się z nimi zżyłam i polubiłam, włącznie z Kubą, który ma mroczne oblicze i brakuje mu sporo do wzorowego obywatela. Jest jednak w nim coś, co pozwala go lubić i zrozumieć, bo przecież życie nigdy nie jest czarno-białe.


Justyna to przebojowa pani prawnik. Lubi występować na sali sądowej, a jeszcze bardziej przed kamerą. Daje się wciągnąć Natalii w akcję w pseudohodowli, która zmienia całe jej dotychczasowe życie. Przestaje też negować pomoc Natalii dla fundacji. Dojrzewa również do decyzji, czy chce mieć dziecko, czy nie.


Jej mąż Borys jest przystojnym profesorem, który kocha ją nad życie, ale bardzo pragnie dziecka. Wspiera żonę w działaniach na rzecz zwierząt.


Natalia, zakochana w przystojnym mężczyźnie, coraz więcej czasu poświęca na dawanie głosu braciom mniejszym. Pokonuje lęk przed wystąpieniami w sądzie, a w jej życiu pojawia się… a tego Wam nie zdradzę. Powiem tylko, że jej miłość nie ma granic…


Jakub trafia do mecenas Justyny. Kiedyś związany z „Robakiem”, przychodzi do niej w sprawie zniszczenia mienia — jakiego? To musicie odkryć sami. Zdradzę Wam za to, że za karę dostaje pracę społeczną w fundacji Serce na Czterech Łapach. Tam poznaje Aresa… Czy to miejsce jest w stanie go odmienić? A to już moja słodka tajemnica…


Ares to pies po przejściach. Pobity, skrzywdzony przez człowieka — jego żebra i nie tylko były wielokrotnie łamane. Czy uda się go poskładać na nowo? Czy znajdzie swojego człowieka? A osoba, która go skrzywdziła, poniesie karę? Tego też musicie dowiedzieć się sami.


Bardzo podobało mi się, że pisarka poruszyła temat pseudohodowli i pokazała, jak wygląda to od środka. Zwróciła też uwagę na to, jak ciężko odbudować więź psa z człowiekiem po traumie, której doświadczyło zwierzę.


Autorce udało się wzbudzić we mnie cały wachlarz emocji — od smutku, przez strach, ale również potrafiła mnie rozbawić i rozczulić. Zdarzyło mi się nawet uronić kilka łez. Bardzo przeżywałam rozterki Justyny, to, czego tak naprawdę chce i co da jej szczęście. Udzielił mi się również jej strach przed powiedzeniem mężowi prawdy o chęci posiadania potomstwa.


Trzymałam za nią kciuki, jak i za Aresa. Tak bardzo chciałam, aby w końcu poczuł to, co moje zwierzęta — bezgraniczną miłość i bezpieczeństwo.


Samo zakończenie mnie zaskoczyło. A książka jest z tych, które zostają na długo w głowie, ale i w sercu.


I odpowiem na pytanie, które postawiłam na samym początku recenzji. Jak się domyślacie, książka trafiła w mój gust czytelniczy.

Polecam Wam tę historię. Na pewno każdy znajdzie w niej coś dla siebie, bo książka porusza wiele emocji i problemów. Pokazuje, jak strach może podciąć nam skrzydła i jak bardzo potrafi nas obciążać. A prawda — nawet ta, która może zranić bliską nam osobę — potrafi uwolnić i sprawić, że w końcu poczujemy się wolni.


Ja chciałam więcej. Więcej tej historii, więcej tych bohaterów i zdecydowanie więcej Aresa. 


Współpraca barterowa 

„Wszystko, czego nie wyznaliśmy” – Emma Robinson

„Wszystko, czego nie wyznaliśmy” – Emma Robinson

 


Są książki, które wywierają na nas niezwykłe wrażenie, pokazując, jak łatwo możemy zniszczyć relację, która wydawała się idealna. Jak ogromny wpływ mają na nas przyjaźń i miłość, a jeszcze większy — niewypowiedziane słowa i to, czego nie zrobiliśmy, choć mogliśmy. Poczucie winy potrafi pozbawić nas poczucia własnej wartości i odebrać siłę do działania. Wstyd potrafi sparaliżować. Ja wszystko to znalazłam w tej pięknej, choć trudnej powieści.


Na początku poznajemy Ellen, która czyta list od swojego męża, Roberta. Mężczyzna wyznaje jej miłość, ale jednocześnie przyznaje, że coś przed nią ukrywa i w końcu musi wyznać jej prawdę. Jest przekonany, że to zniszczy jej dotychczasowe życie. Autorka nie zdradza nam jednak nic więcej — zostawia nas z obrazem zapłakanej Ellen.


Chwilę później cofamy się o dwa dni. Córka Ellen i Roberta, Abigail, rozpoczyna studia na tej samej uczelni, na której w młodości studiowali również jej rodzice. Zbieg okoliczności sprawia, że dziewczyna poznaje Emily, młodszą córkę Lucy — dawnej przyjaciółki Ellen.


Dzięki temu kobiety po latach odnawiają kontakt. Lucy zaprasza Ellen wraz z mężem do siebie. Więź między małżonkami nie jest już taka jak kiedyś i Ellen ma nadzieję, że wspólny czas pomoże im ponownie poczuć między sobą dawny żar.


Robert ostrzega jednak żonę, że ten wyjazd może skończyć się katastrofą. Sama Ellen również obawia się, czy spotkanie po tylu latach nie będzie niezręczne.


Z czasem Ellen zauważa jednak, że Robert wydaje się wiedzieć o Lucy i jej mężu więcej, niż powinien. Gdy tylko zwraca na to uwagę, oboje twierdzą, że tylko jej się wydaje.


W tym momencie cofamy się do 1995 roku, kiedy Ellen sama rozpoczyna studia i poznaje Lucy oraz Roberta. Widzimy ich wtedy jako młodych ludzi.


Po powrocie do współczesności Ellen coraz mocniej wyczuwa, że coś jest nie tak. Zauważa napięcie i słyszy szepty. Coraz częściej czuje się niewidoczna.


Kiedy do domu wraca Joe, mąż Lucy, cała czwórka wybiera się na zwiedzanie miasta, a później na wspólny lunch. W trakcie rozmowy pada pytanie o to, jak właściwie rozeszły się drogi Ellen i Lucy. To właśnie wtedy pojawia się kolejne wspomnienie z przeszłości. Dowiadujemy się, że pod koniec studiów Ellen zaszła w ciążę, a razem z Robertem postanowili założyć rodzinę. Wtedy też drogi Ellen i Lucy zaczęły się rozchodzić.


Do tego wszystkiego dochodzi niepokój o starszą córkę, Grace, która od roku spotyka się z mężczyzną będącym — jak twierdzi — w separacji z żoną. Dziewczyna opowiada matce o wielu niepokojących sytuacjach, dlatego Ellen zaczyna podejrzewać, że żadnej separacji tak naprawdę nie ma, a mężczyzna po prostu oszukuje jej córkę.


Czy Ellen ma rację co do chłopaka swojej córki? Czy naprawdę coś dzieje się za jej plecami? A może stres związany z wyprowadzką najmłodszej córki sprawia, że kobieta staje się przewrażliwiona i zaczyna doszukiwać się problemów tam, gdzie ich nie ma?


Fabuła książki trzymała mnie w napięciu do samego końca, a autorka podsycała je z każdym kolejnym rozdziałem. Stopniowo dawkowała informacje i podrzucała czytelnikowi kolejne tropy. Pozwalała uwierzyć, że jest już blisko rozwiązania, a chwilę później potrafiła zupełnie go zaskoczyć. W końcu zgrabnie połączyła wszystkie wątki i pokazała pełny obraz historii.


Autorka ma lekkie pióro, dzięki czemu książka wciąga czytelnika w swój świat. Ja nie mogłam jej odłożyć — za każdym razem mówiłam sobie: jeszcze tylko jeden rozdział, ale ciekawość tego, co wydarzy się za chwilę, była silniejsza. A nawet gdy musiałam odłożyć książkę, moje myśli wciąż do niej powracały. Zastanawiałam się, co odkryje Ellen, co ukrywa jej mąż i kim dla Roberta jest Charlotte, starsza córka Lucy, o rok młodsza od Grace.


W książce pojawia się wiele sekretów skrywanych przez bohaterów — sekretów, które zjadały ich od środka, kształtowały ich życie, odbierały pewność siebie i pozostawiały po sobie ogromne poczucie winy.


Czy sekrety, które po latach wychodzą na światło dzienne, zniszczą życie bohaterów i wszystko, co do tej pory udało im się zbudować?


Bardzo podobały mi się dwie linie czasowe. Jedna, osadzona w teraźniejszości, pokazuje bohaterów jako dojrzałych ludzi — ich życie, problemy, relacje, ale również cały wachlarz emocji. Druga przenosi nas do czasów studiów, kiedy dopiero zaczynali dorosłe życie, mierzyli się z nauką, poznawali nowych ludzi, przeżywali problemy typowe dla młodych osób oraz przeszkody, które rzucało im życie.


Dzięki temu lepiej rozumiemy, co ukształtowało naszych bohaterów i jak decyzje podjęte w młodości wpłynęły na ich późniejsze życie.


Bardzo polubiłam Ellen, ale również jej rodzinę i przyjaciół. Autorka ukazała ich w prawdziwym świetle — pokazała ich rozterki, strach, popełniane błędy i zazdrość, ale przede wszystkim miłość oraz lęk przed utratą najbliższych. To właśnie strach przed stratą sprawia, że jedni ukrywają to, co wydarzyło się w przeszłości, a inni to, co dzieje się w teraźniejszości. Autorka pokazuje też, jak bardzo człowieka potrafi zaboleć nie tylko zdrada, ale również kłamstwo.


Ważne miejsce zajmują również więzi rodzinne i wsparcie bliskich, które pomaga przetrwać nawet najtrudniejsze chwile. Widzimy również, jak łatwo stracić ważne osoby w naszym życiu i jak zwykłe zrządzenie losu może sprawić, że po latach ponownie pojawią się na naszej drodze.


Książka opowiada przede wszystkim o kobietach i ich decyzjach. O ludziach, którzy potrafią w jednej chwili zniszczyć nasz świat, wykorzystać i porzucić. Ale również o sile i dążeniu do lepszego jutra. O dwóch pokoleniach kobiet i o tym, jak bardzo różnią się od siebie siłą i odwagą.


Ale jest to również opowieść o mężczyznach, którzy potrafią kochać bez względu na wszystko, wspierać i każdego dnia na nowo wybierać kobiety, które kochają — ze wszystkimi ich zaletami, ale również wadami. Autorka pokazuje jednak także tych okrutnych, pozbawionych emocji, kochających władzę nad innymi i nieliczących się z nikim poza sobą.


Muszę Wam powiedzieć, że zakończenie bardzo mnie zaskoczyło — zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Podczas czytania pojawiły się również łzy, tak bardzo było mi szkoda bohaterów. Serce wielokrotnie przyspieszało aż do ostatnich stron.


Polecam Wam tę książkę. Jestem pewna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ja znalazłam emocje, napięcie, tajemnice i bohaterów, których losy mnie poruszyły. To jedna z tych historii, które po zamknięciu ostatniej strony jeszcze przez długi czas zostają w głowie.


Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Książnica.

„Dzieci ostatnich żniw” – K.T. Galloway

„Dzieci ostatnich żniw” – K.T. Galloway


 

Napięcie czuć od pierwszych stron, a z każdym rozdziałem autorka podsyca je jeszcze bardziej. Kiedy myślałam, że już bardziej się nie da, pisarka szybko wyprowadzała mnie z błędu. Rzadko podczas czytania wszystko aż tak kołacze mi się w środku, tutaj jednak to uczucie prawie nie ustępowało. Może dlatego, że chodzi o porwane dziewczynki.

Klimat książki bardzo wpisał się w moje upodobania — mroczna historia z wieloma wątkami. Pozornie wydaje się czytelnikowi, że wie, dokąd to wszystko prowadzi, ale z każdą chwilą okazuje się, że wszystko jest o wiele bardziej zagmatwane.

Poznajemy zmęczoną Maggie, będącą w zaawansowanej ciąży, która bawi się ze swoją czteroletnią córeczką Orlą w chowanego. Niewinna zabawa zmienia się jednak w scenę z horroru. Mama nigdzie nie może znaleźć dziecka. Z każdą minutą jej przerażenie rośnie, a wraz z nim irytacja na ojca dziewczynki, który dwa miesiące wcześniej zniknął bez słowa.

Maggie zauważa otwartą furtkę, a świadomość, że niedaleko domu znajduje się bagno, tylko potęguje jej przerażenie. Wychodzi, aby sprawdzić, czy Orli nie ma gdzieś w pobliżu. Kiedy wraca, znajduje na drzwiach uplecioną z kukurydzy laleczkę.

Następnie poznajemy Annie podczas sesji z uzależnionym mężczyzną, który niedawno wyszedł z więzienia. Szybko dowiadujemy się, że sama nie jest szczęśliwa. Mieszka w swoim gabinecie, a wszystkie pieniądze wydaje na detektywa, który poszukuje jej zaginionej siostry.

W pewnym momencie zauważa artykuł o zaginionej dziewczynce i szybko rozpoznaje poszukiwanego ojca dziecka — okazuje się, że to jej pacjent.

Następnego dnia zjawia się na policji na przesłuchaniu. Pod koniec rozmowy Swift oznajmia, że chce wciągnąć ją do swojego zespołu, ponieważ potrzebuje kogoś, kto pomoże mu dotrzeć do matki dziewczynki.

W drodze do mamy Orli na jaw wychodzi mroczny sekret z życia Annie. Jesteście ciekawi, jaki?

Rozmowa z Maggie nie przynosi jednak żadnych nowych informacji. Wtedy dzwoni telefon komisarza i okazuje się, że…

A pytań jest znacznie więcej… Co stało się z Orlą? Dlaczego jej ojciec zniknął bez słowa? Co wydarzyło się z siostrą Annie? I dokąd zaprowadzi psycholożkę sprawa, w którą właśnie została wciągnięta?

Kiedy musiałam odłożyć książkę na bok, czułam poddenerwowanie. Bardzo chciałam wiedzieć, dokąd prowadzi nowy trop, jak wszystko wiąże się z porwaniem, co dzieje się z dziewczynkami, czy żyją, a może już szukają tylko ciał. Autorka nie pokazuje odpowiedzi — mnoży pytania, które ciągle dudnią w głowie.

Muszę Wam wspomnieć o samych bohaterach. Annie to młoda psychoterapeutka, trochę znudzona swoją dotychczasową pracą. Przebyta trauma z dzieciństwa kładzie się cieniem na jej życiu. Podczas dochodzenia poznajemy jej wnikliwy umysł, który potrafi łączyć wszystkie kropki w całość. Jest zaangażowana i nawet pomimo ogromnego zmęczenia nie odpuszcza. Uparta, zdeterminowana i gotowa drążyć temat tak długo, aż znajdzie odpowiedzi. Nie lubi pytań, które pozostają bez odpowiedzi.

Komisarz Swift jest bardzo zagadkową osobą. Widać, że lubi psycholożkę, ale wiemy też, że ma żonę, która z dnia na dzień zniknęła. Nie mówi zbyt wiele o sobie, a jednocześnie daje Annie poczucie bezpieczeństwa. Ona z kolei staje się go coraz bardziej ciekawa. Swift jest prawdziwym przywódcą zespołu i za wszelką cenę stara się rozwiązać sprawę porwań.

Bardzo podoba mi się ten duet — detektyw i psycholog — a wszystko dopełniają pozostali członkowie zespołu.

Muszę jeszcze wspomnieć o narratorze. Opowiadał o bohaterce i jej emocjach, wprowadzał czytelnika w jej świat i sprawiał, że coraz bardziej się do niej przywiązywał. Postacie i świat wydawały się tak rzeczywiste, że finał uderzył we mnie z ogromną siłą i jeszcze długo nie dawał mi o sobie zapomnieć.

Książka jest napisana lekkim językiem, dzięki czemu czytelnik znika w wykreowanym świecie i nie chce z niego wychodzić.

Akcja książki toczyła się szybko. Nie znajdziecie w niej zbędnych opisów — wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Z jednej strony jest to dużym plusem, ale z drugiej czytelnik chce więcej. Mam nadzieję, że będzie to seria i że będzie mi dane lepiej poznać bohaterów, bo czuję po tej historii spory niedosyt.

Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw i nie udało mi się zgadnąć, kto jest porywaczem. Autorka bardzo sprawnie dopina wszystkie wątki i łączy pajęczynę zdarzeń w jedną, zaskakującą całość. Jestem pod dużym wrażeniem.

Jeśli lubicie mroczne, niepokojące historie, które od pierwszych stron zaciskają pętlę napięcia i nie pozwalają spokojnie odłożyć książki, „Dzieci ostatnich żniw” zdecydowanie powinny trafić na Waszą listę. Tylko ostrzegam — to lektura dla osób o naprawdę mocnych nerwach. 

Recenzja: „Sekretne życie słoneczników” – Marta Molnar 🌻

Recenzja: „Sekretne życie słoneczników” – Marta Molnar 🌻

 



Emsley poznajemy podczas odwiedzin u babci w domu opieki. Violet, malarka i artystka o barwnej przeszłości, jest po udarze, ale nadal wygląda jak prawdziwa diwa.

Violet informuje kobiety, że sprzedała dom i ufundowała stypendium. Wiadomość wyraźnie nie podoba się Anne, która martwi się, że jej mama może później żałować tej decyzji. Ponieważ Emsley jest jedyną spadkobierczynią Violet, to właśnie ona ma przejrzeć pozostawione rzeczy, wybrać to, co chce zatrzymać, a resztę oddać.

Przed pożegnaniem Violet przekazuje wnuczce niebieską skrzyneczkę. W środku znajdują się listy napisane po niderlandzku oraz pamiętnik po angielsku. Emsley ma przed sobą podróż samolotem i jedynie torbę na laptopa, dlatego za sugestią babci zabiera tylko pamiętnik, a skrzyneczkę z listami zostawia na miejscu.

Już w samolocie Anne nalega, aby to Emsley osobiście zajęła się rzeczami Violet. Obawia się, że w domu mogą znajdować się kompromitujące zdjęcia lub inne rzeczy związane z przeszłością jej mamy. Sama przyznaje, że Violet kiedyś była zupełnie inna, a ona nie zna nawet imienia własnego ojca.

Jakby tego było mało, po rozmowie z mamą Emsley otrzymuje kolejną złą wiadomość — Trey chce zamknąć dom aukcyjny. Ona jednak nie zamierza się poddać. O nie.

Szybko okazuje się, że pamiętnik wcale nie należał do Violet, lecz do Johanny. To właśnie za jego sprawą przenosimy się do Amsterdamu w 1887 roku i zaczynamy poznawać historię sprzed lat.

Johanna jest niezamężną dziewczyną, której serce należy do Eduarda. Kiedy mama próbuje zainteresować ją innym kandydatem, dziewczyna wyznaje, że złożyła dokumenty o pracę w szkole dla dziewcząt. Jej siostra Mien szybko zauważa, że znajduje się ona w tym samym miejscu, w którym Eduard studiuje na uniwersytecie.

W życiu Johanny pojawia się również Theo, kolega jej brata. Podczas wspólnego spaceru niespodziewanie prosi ją o rękę. Dziewczyna odrzuca oświadczyny, przyznając, że jej serce jest już zajęte. Po spacerze wracają do domu. Theo żegna się, a Johanna odprowadza go do drzwi. I właśnie wtedy poznajemy jego pełne nazwisko — Theo van Gogh.

Tymczasem Emsley wraca z Nowego Jorku do Los Angeles i konfrontuje się z Treyem. Były partner stawia jej ultimatum — ma 30 dni, aby spłacić go kwotą miliona dolarów, w przeciwnym razie to on wykupi jej udziały. Mało tego — osoba posiadająca 20% udziałów w domu aukcyjnym żąda kolejnych 500 tysięcy dolarów.

Sytuacja wydaje się niemal beznadziejna. Czy Emsley uda się ocalić to, co kocha? Czy odkryje, co kryje się w dzienniku Johanny? I jak historia z Amsterdamu z 1887 roku łączy się z tajemnicami Violet?

Pisarka mistrzowsko przeplata dwie linie czasowe — współczesność oraz czasy, w których żyła Johanna. Muszę przyznać, że nie zawsze taki zabieg mi się podoba, jednak w tym przypadku działa znakomicie. Autorka z każdym rozdziałem podsyca ciekawość i świetnie buduje napięcie.

Narracja jest pierwszoosobowa, dzięki czemu siedzimy w głowach obu bohaterek i poznajemy ich myśli. Zżyłam się z nimi wręcz tak bardzo, że poczułam, jakby istniała między nami prawdziwa więź.

Pisarka pokazuje nam, że każdy z nas ma swoją pasję — jedni kochają książki, inni sztukę, a jeszcze inni odnajdują radość w czymś zupełnie innym. To właśnie dzięki tym pasjom nasze życie staje się pełniejsze.

Sztuka przewija się przez całą książkę, pięknie dopełniając poszczególne wątki i nadając całej historii wyjątkowy klimat.

Na uwagę zasługuje również piękne wydanie książki, które świetnie współgra z jej artystycznym charakterem i jeszcze mocniej dopełnia całą historię.

A wszystko to przeplecione jest miłością — nie tą filmową, w której wszystko układa się jak po maśle, lecz prawdziwą. Taką, w której nawet gdy jest bardzo źle, gdzieś w sercu wciąż pozostaje nadzieja na lepsze jutro.

Bardzo dobrze widać również, jak różnią się od siebie dwie epoki, jakimi prawami się rządzą i jak postrzegane są w nich kobiety. Widzimy, z czym zmagały się na co dzień i z czym często musiały radzić sobie same.

Towarzysząc Johannie w jej życiu, niejednokrotnie czułam ogromne poruszenie. Jej świat był bardzo nieprzychylny kobietom. Światem rządzili mężczyźni, a kobiety musiały mierzyć się z ograniczeniami, które dziś trudno sobie nawet wyobrazić.

Jako matce i kobiecie trudno mi było czytać o trudach połogu, z jakimi musiały mierzyć się kobiety w tamtych czasach, a także o powikłaniach po porodzie, które potrafiono po prostu bagatelizować. Dziś wydaje się to wręcz nie do pomyślenia.

Emsley jest silną, niezależną kobietą, choć często czuje się samotna. Jest poukładana i systematyczna, a kiedy pojawia się problem, nie poddaje się i szuka rozwiązań. Od dziecka chce być jak babcia.

Widmo utraty ukochanego domu aukcyjnego boli ją chyba nawet bardziej niż porzucenie przez wspólnika i zdrada przyjaciółki. Emsley musi zmierzyć się również ze śmiercią ukochanej babci. Po jej śmierci porządkuje dom Violet i zaczyna odkrywać sekret, który babcia skrywała przez lata. Mimo kolejnych przeciwności potrafi wyjść ze swojej strefy komfortu, aby pomóc przyjaciołom. Nie boi się również zaczynać życia od nowa.

Czy odkryje tajemnicę skrywaną przez babcię? Jak wpłynie ona na jej życie? I czy uda jej się ocalić ukochany dom aukcyjny? Musicie sprawdzić sami.

Johanna żyje w czasach, gdy kobiety mają niewiele do powiedzenia. Oczekuje się od nich, że szybko znajdą męża — nieważne, czy go kochają — urodzą mu dzieci, a później poświęcą się ich wychowaniu.

Nasza bohaterka próbuje jednak żyć po swojemu. Chce samodzielności i wydaje jej się, że wie, kogo kocha. Kiedy jej plany nie układają się tak, jak sobie wyobrażała, szuka dla siebie innej drogi, choć ta okazuje się bardzo wyboista. Nawet kiedy dopada ją zmęczenie, często je lekceważy i mimo wszystko prze do przodu. Nie przywiązuje większej wagi do odmów, bo choć potrafią zaboleć, to tylko przez chwilę. Przecież w końcu ktoś może powiedzieć „tak”.

Violet poznajemy jako barwną, silną kobietę po udarze, która mimo wszystko nadal wygląda jak prawdziwa diwa. Nie przejmuje się opiniami innych i żyje po swojemu. Jest odważna, wspiera innych, zawsze pozostaje elegancka, a do tego potrafi bawić się jak nikt i przyciągać do siebie ludzi.

Z czasem odkrywamy też, że skrywa straszliwą tajemnicę, którą niesie na swoich barkach przez niemal całe życie. Dla Emsley jest kimś niezwykle ważnym — wnuczka kocha ją nad życie.

Poza głównymi postaciami przez całą książkę poznajemy także innych bohaterów, którzy wpływają na historię, uzupełniają ją i sprawiają, że cała opowieść staje się jeszcze bardziej żywa.

Autorka stworzyła niesamowitą fabułę i potrafiła połączyć dwa światy. Utkała tę historię tak, że poznajemy losy trzech kobiet. Każda z nich jest inna, żyje w innych czasach, ale wszystkie mierzą się z jednym — mężczyznami ze świata sztuki, którzy uważają, że nie jest to miejsce dla kobiet.

Każda z nich, mimo przeciwności, walczy o swoje. Każda, niczym słonecznik:

„Im gorsza ziemia, tym większe mają kwiaty. Są waleczne jak cholera, a do tego zawsze wyglądają jak gwiazdy.”

I chyba właśnie te słowa najlepiej oddają siłę kobiet, które poznajemy na kartach tej książki. 🌻

Muszę się Wam przyznać, że znam historię wielkiego malarza, który przewija się przez tę opowieść, ale spojrzenie na nią z tej perspektywy wywołało u mnie wiele emocji. Napięcie towarzyszyło mi przez całą książkę, a chęć odkrycia, jak potoczyły się losy bohaterek, mocno pchała mnie do przodu. Każda z nich stała mi się bliska i sama nie wiem, która wpłynęła na mnie bardziej.

Największym plusem książki jest to, jak autorka splata ze sobą wszystkie wątki, tworząc spójną całość, która potrafi zaskoczyć niejeden raz.

Zakończenie jest niebanalne i nieoczywiste, a jednocześnie dodaje odwagi i zostawia czytelnika z czymś więcej niż tylko zamkniętą historią.

Żałowałam, że książka dobiega końca. Chętnie zostałabym w tym misternie stworzonym świecie jeszcze trochę dłużej.

Polecam Wam tę powieść, która chwilami wzrusza, bawi, a jej bohaterowie zostają w sercu czytelnika, pozostawiając w nim ślad.

Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem Letra.

 „Skarpetki kontra nicość, czyli kosmiczna misja Otulistópek” – Justyna Bednarek

„Skarpetki kontra nicość, czyli kosmiczna misja Otulistópek” – Justyna Bednarek



Już na samym początku autorka pamięta zarówno o tych, którzy znają poprzednią część, jak i o czytelnikach sięgających po serię po raz pierwszy. Nowym krótko wyjaśnia, co wydarzyło się wcześniej, a pozostałych z uśmiechem odsyła dalej. Bardzo podoba mi się taki zabieg — nie ma niepotrzebnego powtarzania, a jednocześnie nikt nie czuje się zagubiony.

Skarpetki ruszają na pomoc królewskiemu doradcy. Wybrana przez detektywa Pinkertona ekipa wyrusza w kosmos, jednak już na samym początku tej niezwykłej podróży pasażerowie sandała zaczynają się kłócić.

Autorka daje nam nawet możliwość zajrzenia do domu małej Bi i zobaczenia, co dzieje się tam w czasie, gdy załoga sandała przemierza kosmos.

Docierają do stalowych drzwi, za którymi czekają srebrzyste rakiety. Skarpetoludek zamawia dla całej ekipy kombinezony, jednak gdy tylko się oddala, dzieje się coś bardzo dziwnego. Mała myszka, córka Mysiej Mamy, nagle zaczyna zachowywać się zupełnie nie jak ona — robi się strasznie niegrzeczna i ucieka.

Kiedy Skarpetoludek wraca z kombinezonami, prawie wszyscy szybko się przebierają. Nagle pojawia się również mała myszka, ale coś się nie zgadza… Jej głos, oczy, a nawet rozmiar wydają się inne. Nie ma jednak czasu na długie zastanawianie się. W obawie, że królewski doradca zniknie, wszyscy przyjmują jej tłumaczenie, że po prostu rośnie. Pakują się do sandała i ruszają dalej.

Jednak już na Drodze Mlecznej czeka ich niespodziewany przystanek. Wpadają w poślizg, a chwilę później okazuje się, że przypadkiem zniszczyli sukienkę z czarnej materii. Jakby tego było mało, zostają pojmani przez białe karły.

Szybko okazuje się, że trafili w ręce Galaktycznej Śnieżki, która nakazuje im naprawić zniszczoną sukienkę.

Mysia Mama podejmuje się tego zadania, jednak zamiast naprawić sukienkę, wpada na zupełnie inny pomysł. Z czarnej materii tworzy pokrowiec na sandała, dzięki któremu staje się on niewidoczny. Korzystając z okazji, cała ekipa szybko odlatuje.

Niestety nie docierają daleko. Wpadają bowiem na rakietę Sławosza, odbijają się od niej i trafiają prosto na planetę, na której spotykają pięciu brodaczy. To właśnie oni opowiadają przybyszom, jak powstała czarna materia, a następnie wskazują im drogę na Planetę Nicości.

Zanim jednak bohaterowie ruszą dalej, mała myszka częstuje wszystkich ciasteczkami i… rozpętuje się kłótnia, jakiej jeszcze nie było.

Dzieci z niecierpliwością wyczekiwały, co wydarzy się dalej, a w przerwach debatowały nad tym, co bohaterowie powinni zrobić. 

W książce nie ma miejsca na nudę. Fabuła jest pełna przygód, tajemnic i odrobiny humoru, dzięki czemu powstała prawdziwa mieszanka wybuchowa, trzymająca małego czytelnika w napięciu. Chociaż zdradzę Wam w sekrecie, że ja również z niecierpliwością czekałam, jak potoczą się losy bohaterów. Najbardziej interesowały nas losy kalesonów i mysiej córeczki. A dlaczego? Tego już Wam nie zdradzę. 😄🧦🐭🚀

Pisarka pokazuje swoim czytelnikom, że czasem podróż do celu nie jest łatwa, ale kiedy naprawdę chcemy do niego dotrzeć, nic nie jest w stanie nam przeszkodzić. Każdy kłopot i niepowodzenie może zamienić się w kosmiczną przygodę — ważne, by być wytrwałym i nie poddawać się od razu. Robi to w bardzo przystępny sposób, stawiając kosmiczną brygadę co chwilę przed kolejną przeszkodą.

Autorka ma bardzo lekkie pióro, dzięki czemu książkę praktycznie czyta się sama. Piękne, kolorowe ilustracje przykuwają uwagę dziecka, a tekst jest ciekawie rozmieszczony — na jednych stronach jest go więcej, na innych mniej. Taki układ sprawia, że dzieci, które mają problemy z czytaniem albo dopiero nabierają w nim pewności, nie są od razu przestraszone dużą ilością tekstu.

A co najważniejsze — tam, gdzie tekstu jest więcej, w jakiś magiczny sposób zawsze wypada moja albo Piotra kolej na czytanie. 

Dzieciakom bardzo podobało się zakończenie — śmiały się przy nim strasznie. A z czego? Cóż… tego już musicie dowiedzieć się sami. 

Polecam tę książkę rodzicom z małymi dziećmi — na pewno nie będziecie się przy niej nudzić, nawet czytając ją w kółko. Sprawdzi się również u starszych dzieci, które dzięki takim historiom mogą pokochać czytanie, a przy okazji dowiedzieć się trochę o przyjaźni, oddaniu i lojalności, a przede wszystkim o odpowiedzialności za innych.

A Wam, dorosłym, też ją polecam — przecież czasem każdy z nas powinien pozwolić sobie poczuć swoje wewnętrzne dziecko. ❤️📚🧦

Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy recenzenckiej. ❤️

„Sandałem w Czarną Dziurę, czyli kosmiczne urodziny skarpetek” – Justyna Bednarek

„Sandałem w Czarną Dziurę, czyli kosmiczne urodziny skarpetek” – Justyna Bednarek

 


Zielona Skarpetka, detektyw Pinkerton, organizuje przyjęcie, i to nie byle jakie, bo swoje urodzinowe. Obchodzi bowiem 10. urodziny! Z pomocą Ekspresowej Moli zaprosił wszystkich, udekorował wszystko, przygotował przystawki oraz tort i z niecierpliwością czekał na swoich gości.

Powoli zaczęli się zjawiać, jeden po drugim, przechodząc przez wszystkim dobrze znaną dziurę pod pralką. Każdy z gości opowiadał o swoim życiu i przygodach, których Wam oczywiście nie zdradzę…

Po rozmowach i śmiechach nastała kolej na tańce. I właśnie wtedy pojawił się srebrny skarpetkoludek, który przybył z przyszłości i zaczął opowiadać historię czwartej skarpetki i Czarnej Dziury… Cóż to była za przygoda!

Wszystko robi się jeszcze ciekawsze, gdy nagle pojawia się złowroga skarpetka odpowiedzialna za wszystkie nieszczęścia i chce… No właśnie. Czy uda jej się wcielić w życie swój okrutny plan?

Justyna Bednarek porusza w książce ważne kwestie, przemycając je subtelnie między wierszami. Pokazuje, że nieważne, jak źle bywa, trzeba wierzyć, że wszystko może się udać. Bez tej wiary trudno cokolwiek osiągnąć, ale jeśli naprawdę mocno wierzymy i się nie poddajemy, może się okazać, że nie ma rzeczy niemożliwych.

Kolejnym pięknym przesłaniem jest przyjaźń. Jeśli mamy obok siebie kogoś, na kogo możemy liczyć, sytuacja nigdy nie jest do końca przegrana. Zawsze może znaleźć się ktoś, kto wyciągnie do nas pomocną dłoń i pomoże wtedy, gdy najbardziej tego potrzebujemy.

Pisarka już od pierwszych stron wzbudziła ciekawość moich małych czytelników, dzięki czemu słuchali i czytali jak zaczarowani. Dużym plusem jest również język, jakim posługuje się Justyna Bednarek. Jest prosty i zrozumiały, a jeśli pojawiają się trudniejsze słowa, od razu zostają wyjaśnione. Dzięki temu dziecko nie ma problemu ze zrozumieniem treści i może bez przeszkód skupić się na samej historii.

Na uwagę zasługuje również samo wydanie. Książka jest piękna i kolorowa. Po przeczytaniu każdej strony dzieciaki zatrzymywały się, oglądały ilustracje i opowiadały, co na nich widzą. Widziałam, jak ich wyobraźnia zaczyna pracować, a niedokończona jeszcze historia powoli ożywa w ich głowach.

Poza pięknymi ilustracjami muszę wspomnieć o czymś bardzo istotnym – czcionka i wielkość liter są naprawdę przyjazne dziecku. Nasza Basia, która zazwyczaj nie przepada za samodzielnym czytaniem i zdecydowanie woli słuchać, tym razem z niecierpliwością czekała na swoją kolej, żeby przeczytać fragment na głos.

I największa niespodzianka czeka na końcu – miejsce na narysowanie własnej skarpetki i napisanie o niej najważniejszych rzeczy. U nas na razie trwają sprzeczki o to, kto zajmie którą stronę – dzieci jest dwoje, a strony są trzy. 

Polecam Wam serdecznie tę historię, która wciąga małego czytelnika do swojego świata, oczarowuje go i zachęca do tworzenia własnej małej opowieści. A jak wiemy, nie ma nic lepszego niż kreatywna zabawa, która przy okazji pobudza dziecięcą wyobraźnię. 


Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy recenzenckiej. ❤️

„Dziadek naszego kota”- Regina Golińska-Barancewicz

„Dziadek naszego kota”- Regina Golińska-Barancewicz

 



Dziesięcioletni Krzysiek wprowadza nas do swojego świata. Opowiada o swojej wakacyjnej wolności, nudnych i całkiem zwyczajnych wakacjach, o siostrze, mamie oraz babci od zadań specjalnych, która potrafiła właściwie wszystko.


Potem przychodzi czas na dziadka, który był leśnikiem. Kochał rośliny, zwierzęta, książki i morze, no i oczywiście swoje wnuki. Był poczciwym człowiekiem.


Na samym końcu poznajemy kota Diego — nie byle jakiego kota: rasowego, puchatego i skutecznie ignorującego wszystkich. Każdy nazywał futrzaka inaczej, gdy ten pojawił się w życiu babci i dziadka. Babunia się nim zajmowała, dziadek natomiast go ignorował, bo kto to słyszał, żeby tłumić kocią naturę.


Wszystko zmieniło się, gdy babcia wyruszyła rozpieszczać swoje wnuki już nie na odległość, a dziadek — pomimo obaw reszty rodziny — został sam z kotem.


Gdy zostali przyjaciółmi, stworzyli własne rytuały — zarówno w dzień, jak i w nocy. Nagle okazało się, że kot je w nocy, nie lubi sąsiada, a jedzenie musi być przygotowywane na jego oczach. To jednak tylko kilka z dziwactw tego sierściucha.


I tu zaczyna się nasza akcja, gdy babcia dzwoni z propozycją — dziadkowie mają jechać nad morze i trzeba zająć się kotem. Mama od razu zgadza się przyjąć Diego do siebie, ale szybko okazuje się, że nie będzie to takie proste.


Kot nie lubi jeździć samochodem, musi mieć balkon, bo tylko tam je śniadanie, potrzebuje też szafy, żeby odreagować nieprzyjemności, oraz pościelonego łóżka. Ale to jeszcze nie wszystko! Kota trzeba położyć na zaścielonym kawałku, a rano posłanie sprzątnąć, bo Diego nie lubi spać na czymś, co leży przygotowane przez całą dobę.


Mama słuchała tych wszystkich instrukcji i nie dowierzała.


Rodzicielka bierze więc urlop i razem z Krzysiem oraz Ulą rusza na przygodę ich życia — z kotem i jego 15-stronicową instrukcją obsługi, przygotowaną specjalnie przez dziadka.


Więcej Wam z fabuły nie zdradzę, choć kusi mnie niezmiernie.


Muszę Wam powiedzieć, że dawno mnie nic tak nie ubawiło. Śmialiśmy się do łez całą trójką. Książka jest po prostu nieziemska! Autorka napisała prawdziwą komedię i sama nie wiem, kto śmiał się głośniej — ja czy dzieci. Podczas czytania musiałam robić przerwy, bo dzieciaki przez śmiech nie rozumiały, co czytam.


Muszę zostawić kilka słów o dziadku, który jako pierwszy, dzięki obserwacji, zrozumiał, czego tak naprawdę potrzebuje kot — a mianowicie służby i spełniania jego zachcianek. Co lepsze, dziadek poszedł w tym prawie na całego.


Mama Krzysia początkowo mocno walczyła z „zasadami i potrzebami kota”, ale w końcu zrozumiała, że donikąd jej to nie doprowadzi. Była tylko niewyspana, zmęczona i znerwicowana, więc dostosowała się do kota. A nawet poszła o krok dalej — przy niej dziadek to pikuś!


Diego to niezależny terrorysta z zasadami, który potrafi wychowywać ludzi jak nikt inny. Ale jak to robi? To już musicie sprawdzić sami — i znowu się śmieję, kiedy o tym myślę.


Krzysiek opowiada nam całą historię i przejmuje się nawet wtedy, gdy mama nie chce spełniać zachcianek kota. Ula, najmłodsza w rodzinie, przez Diego nie może oglądać „Świnki Peppy”, a mimo to dalej go uwielbia. Babcia… no cóż. Mieszka w domu opanowanym przez kota. Współczuję jej serdecznie. Dlaczego? Tego też musicie dowiedzieć się sami.


O poszczególnych bohaterach już trochę Wam powiedziałam, ale muszę jeszcze dodać, że są bardzo realistyczni. Dzieci, które odpoczywają od szkoły, mama zakładająca blokadę rodzicielską i dziadkowie rozpieszczający swoje wnuki — kto z nas tego nie zna?


Pisarka zastosowała narrację pierwszoosobową, prowadzoną na zmianę przez Krzysia i kota. I muszę Wam się przyznać, że najbardziej czekałam właśnie na fragmenty opowiadane z perspektywy kota.


Regina Golińska-Barancewicz użyła ciekawego, ale jednocześnie zrozumiałego słownictwa i dodała do historii dużą dawkę humoru. Dzięki temu książka skończyła nam się zdecydowanie szybciej, niż byśmy tego chcieli.


Tak się rozbawiłam, że zapomniałabym powiedzieć, że bardzo podobały nam się również ilustracje Huberta Grajczaka. Doskonale uzupełniają tekst i świetnie pasują do charakteru całej historii.


Pisarka stworzyła niesamowitą historię. W niektórych momentach w Diego widziałam swoje koty, ale teraz chyba zaczynam je bardziej doceniać. Miauczenie pod drzwiami, żeby mogły wejść i spać, już nie wydaje mi się takie straszne. I tu znowu śmieję się sama do siebie, a Basia pyta, czy czytam już drugą część — o której marzymy wszyscy.


A nasza babcia już wie, że czeka na nią książka do przeczytania.


Polecam wszystkim tę pełną humoru i ciepła historię, opowiadającą o niezwykłej relacji człowieka i kota — nie tylko dzieciom, ale również dorosłym. Każdemu z nas potrzeba czasem odpowiedniej dawki śmiechu, nieważne, czy macie w domu takiego tygrysa, czy nie.

Egzemplarz otrzymany w ramach współpracy recenzenckiej. ❤️

Copyright © 2016 po drugiej stronie książki-recenzje , Blogger