„Biblioteka na Cichej” – Barbara Kwinta 📚🍂
Przy niepozornej ulicy Cichej w Krakowie mieści się niewielka filia biblioteki miejskiej. Przez lata wszystko toczyło się tam spokojnym rytmem, jednak planowana rewitalizacja ma sporo namieszać. Nowe pomysły, nowi ludzie i próba przywrócenia temu miejscu dawnego blasku nie wszystkim od razu przypadają do gustu.
Waleria pracuje w bibliotece, kocha książki i pieczenie, a wszystko, co burzy jej dobrze znany porządek, mocno ją przeraża. Jest samotna, uwielbia romanse i ma dobre serce.
Nina to starsza kobieta, która w młodości była prawdziwą gwiazdą. Zdobyła niejedną nagrodę, poznała zagraniczne sławy i prowadziła zupełnie inne życie niż obecnie. Dziś jest samotna, trochę zgorzkniała i postanawia umrzeć. Tyle że za każdym razem coś staje jej na przeszkodzie… a później pojawia się ktoś.
Jest też Julia — młoda Ukrainka i mama dwojga dzieci, Olka i Mili — która próbuje ułożyć sobie wszystko od nowa w Krakowie. Nie boi się wyzwań. Uczy się polskiego i szuka pracy, która z różnych powodów jakoś nie chce się jej trzymać. Mimo kolejnych porażek nie poddaje się. Odważnie stawia następne kroki i walczy o lepszą przyszłość dla siebie i swoich dzieci.
W bibliotece zaczyna pracę również Michał. Młody, sprytny i odważny chłopak, który nie trafia tam całkiem bezinteresownie. Z czasem coraz bardziej angażuje się nie tylko w sprawy biblioteki, lecz także w losy ludzi, których tam poznaje. Pojawia się też miłość… ale tutaj już nic więcej Wam nie zdradzę. 😉
Barbara Kwinta stworzyła wyrazistych bohaterów, pełnych emocji, lęku, ale również odwagi, a także miłości, która niejednokrotnie popycha ich do działania. Pięknie pokazuje, że niekiedy wystarczy spotkać na swojej drodze jedną osobę, która może odmienić nasz świat, a my — często nawet o tym nie wiedząc — zmieniamy również jej życie.
Mimo że poznajemy historie kilku osób, a wątków jest sporo, ani przez chwilę nie miałam poczucia zagubienia. Poszczególne losy naturalnie się ze sobą splatają i ostatecznie tworzą jedną spójną historię.
Uwielbiam książki pełne emocji, a za sprawą Niny tych tutaj zdecydowanie nie brakuje — podobnie jak czarnego humoru. Muszę Wam się przyznać, że to właśnie tę bohaterkę pokochałam najbardziej. Nina nigdy nie owija w bawełnę. Mówi dokładnie to, co myśli, nawet jeśli jej słowa bywają ostre albo niewygodne. Jej charakter, szczerość i sposób patrzenia na świat sprawiły, że na długo zostanie w mojej pamięci.
Bardzo poruszył mnie również sposób, w jaki autorka pokazała macierzyństwo. To nie tylko miłość, ale też codzienna walka, strach, niepewność i ogromna potrzeba chronienia swoich dzieci przed wszystkim, co może je zranić. Czasem podejmujemy dobre decyzje, czasem popełniamy błędy, ale przecież żadna z nas nie dostaje instrukcji obsługi macierzyństwa. Uczymy się go każdego dnia — próbując, potykając się, poprawiając własne błędy i cały czas chcąc dla swoich dzieci jednego: żeby było im dobrze.
Bardzo ważny jest dla mnie również motyw upływającego czasu. Często nie doceniamy tego, co mamy. Czekamy na kolejne etapy, odkładamy różne rzeczy na później i wydaje się nam , że jeszcze zdążymy. Tymczasem czas płynie i nim się obejrzymy, zaczyna go brakować. Dopiero wtedy dostrzegamy, co mogliśmy zrobić inaczej, czego nie powiedzieliśmy albo z czego zrezygnowaliśmy, przekonani, że przecież będzie jeszcze okazja.
Ten motyw został pięknie zestawiony z młodością i ludźmi, którzy mają przed sobą jeszcze tak wiele. Dzięki temu wybrzmiewa jeszcze mocniej i zostaje w głowie na długo.
Ta historia przypomina również, że błędy, które popełniamy, często można naprawić. Warto jednak zrobić to wcześniej niż później, bo im dłużej zwlekamy, tym większą cenę możemy za to zapłacić. Jest też o marzeniach, których nikt nie spełni za nas oraz o walce o lepsze jutro — nawet wtedy, kiedy wcześniej wiele rzeczy nie poszło po naszej myśli.
To opowieść o samotności, nowych początkach, przyjaźni i miłości. O tym, że nie wszystko układa się zgodnie z naszym planem, ale nie zawsze oznacza to coś złego. Niekiedy właśnie ta nieplanowana droga prowadzi nas tam, gdzie powinniśmy się znaleźć.
Barbara Kwinta ma lekkie pióro, a podczas czytania miałam wrażenie, jakbym naprawdę przebywała w świecie bohaterów. Wcale nie miałam ochoty z niego wychodzić — wręcz przeciwnie, chciałam jeszcze więcej. Są takie książki, przy których robi nam się zwyczajnie smutno, gdy docieramy do ostatniej strony, bo chcielibyśmy zostać z bohaterami trochę dłużej i dowiedzieć się, co wydarzy się dalej. „Biblioteka na Cichej” właśnie taka dla mnie była.
Zakończenie bardzo mnie zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że historia pójdzie właśnie w tę stronę, a jednocześnie bardzo spodobało mi się to, jak wszystko zostało domknięte. Uświadomiło mi to, że tak naprawdę zawsze możemy spróbować coś zmienić. Jedno miejsce, jedno spotkanie, a nawet przypadkowo przeczytana książka mogą uruchomić w nas coś, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy.
W moim przypadku „Biblioteka na Cichej” trafiła na bardzo trudny tydzieńw moim życiu, podczas którego miałam wrażenie, że nic nie układa się tak, jak powinno. Zamiast jednak się poddać i uznać, że „system wygrał”, zaczęłam szukać rozwiązania i stanęłam do walki o swoje. Bo jeśli sami nie zawalczymy o to, co dla nas ważne, nikt nie zrobi tego za nas. A jednocześnie książka ta przypomniała mi, że na naszej drodze są ludzie, którzy potrafią wyciągnąć rękę i pomóc zrobić kolejny krok.
I muszę Wam powiedzieć, że jedyny minus tej powieści jest taki, że… po prostu się skończyła. Już wiem, że będę z ogromną ciekawością śledzić twórczość Barbary Kwinty i wyczekiwać jej kolejnej historii.
A ja? Ja już tęsknię za Niną.
Chcecie wiedzieć, jak potoczyły się jej losy? Tego Wam nie zdradzę. Musicie sami zajrzeć do „Biblioteki na Cichej” i sprawdzić, co przygotowała dla niej autorka.
Polecam tę książkę wszystkim. To jedna z tych historii, które przypominają, że warto spojrzeć na swoje życie z innej strony, zatrzymać się na chwilę i docenić to, co mamy tu i teraz.
Reklama | Egzemplarz książki otrzymałam w ramach współpracy barterowej z Wydawnictwem Lira.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz